Splinter Cell: Conviction
Serii już dawno potrzebny był zdrowy zastrzyk świeżości. Po części zapewnił jej to Double Agent, ale to jednak jeszcze nie było to... To jeszcze nie był ten szok na miarę pierwszej odsłony długoletniego cyklu. Ekipa z Ubisoft Montreal usiadła zatem przed komputerami, ograli sumiennie wszystkie znane im pozycje skradankowe i doszli do błyskotliwego wniosku, który mi udzielił się już lata temu - brak w nich wszystkich poczucia, że jesteś wyćwiczonym, zimnokrwistym, a także bezlitosnym draniem. Dlatego też największą zmianę w całej grze ma stanowić sam główny bohater – człowiek cierpiący, któremu życie nie raz dało w kość, a który ostatecznie się załamał i z całym nabytym bagażem doświadczeń ruszył w świat kierowany rządzą zemsty.
Fabuła Conviction zaczyna się w momencie, gdy Sam postanawia zrezygnować z pracy w agencji i pomścić swoją córkę, Sarę, która została potrącona przez pijanego kierowcę w poprzedniej części gry. Nie jest to jednak tak proste jak mogłoby się wydawać, bowiem rząd nie zamierza puścić Fishera tak łatwo – uznaje go za swoją własność, bo w końcu bez nich wciąż byłby nikim. Człowiek, któremu skrzywdzi się bliskich, jest zdolny do podjęcia każdego, nawet najbardziej ryzykownego kroku. Agent nie jest już tu tym samym, opanowanym i bezwzględnie słuchającym się „góry” pachołkiem. Pracuje dla siebie, choć twórcy zapowiadają, że w roli „pomocnika” znów dostaniemy do dyspozycji głos panny Anny Grímsdóttir. Co nas jednak bardziej interesuje, to fakt, że praktycznie pierwszy raz w historii serii pozostajemy bez jakichkolwiek gadżetów, bez jakichkolwiek wytycznych, zdani na własną kreatywność i chłodną ocenę sytuacji.
Ma to oczywiście niebagatelny wpływ na samą rozgrywkę. Wchodzimy gdzie chcemy, jak chcemy, zabijamy kogo chcemy, robimy przy tym tyle hałasu, ile sami uznamy za słuszne, a wszystko to w skórze jednego z bardziej zasłużonych weteranów gier skradankowych. Twórcy pragną, żeby dzięki tej metamorfozie głównego bohatera, wielkiej przemianie uległa także sama definicja gry tzw. stealth action. Mamy ostatecznie przestać kojarzyć ten gatunek tylko z mozolnym i niezwykle precyzyjnym likwidowaniem wrogów, a całość nabierze wymiaru, jaki znamy głównie z filmowej trylogii o Jasonie Bournie. Klucz do sukcesu to płynne przeskakiwanie pomiędzy akcją, a sekwencjami skradankowymi – koniec z poczuciem zażenowania, gdy w środku misji wzbudzamy alarm i całość zamienia się w mało finezyjną rzeźnię. W Conviction przestajemy być tajniakiem tajnym za wszelką cenę, a stajemy się łowcą, dla którego kluczem do sukcesu jest umiejętność improwizowania, a nie tylko pozostawanie w ukryciu.
Ja tam lubie obydwie gry bo kazda w swojej klasie jest znakomita - ale z tych dwoch wole Splinter Cell - przeszedlem wszystkie czesci i zawsze swietnie sie bawilem. Splinter Cell, Hitman, Assassins Creed no i rozrywkowe GTA to zdecydowana czolowka jesli o mnie chodzi.
Przy okazji - conrad b. hart - bardzo czesto nie dalo sie wyrznac wszystkich w Splinter Cellu, bo jesli kogos zabiles to przerywali misje i byl game over
ale co kto lubi dla mnie to dno i 3 metry mułu
Splinter to Splinter, każdemu podoba się coś innego w grach i czegoś innego w nich szuka. Fani serii z Sam'em Fisher'em już czekają z niecierpliwością na nową odsłonę przygód, ja z resztą też. CONVICTION wprowadza właśnie element dowolności który się praktycznie we wcześniejszych częściach nie pojawiał, dlatego ma szansę odnieść duży sukces ^^
Pandora Tomorrow grałem może ze dwie godziny, Chaos Theory nie dłużej niż pierwszą misję, a za Double Agenta nawet się nie brałem bo ileż można w jedno i to samo...
Sam jest cool, ale gra jest już nudna jak flaki z olejem








