Rainbow 6: Patriots
9/11, mieszanie się w światowe konflikty, kryzys, niepokoje społeczne – USA nie jest już tym, czym niegdyś w oczach mieszkańców Stanów. Na obszarze kraju pojawia się coraz więcej bojówek, a twórcy zadają sobie pytanie, co by było, gdyby znalazł się ktoś na tyle charyzmatyczny, żeby je wszystkie połączyć i pokierować chociażby przeciw rządowi. Terroryzm od środka. Niejaki Jonah Treadway staje na czele ruchu nazywającego się Prawdziwymi Patriotami. To cel numer jeden służb wywiadowczych nie tylko z uwagi na dążenie do celu po trupach (dosłownie), lecz przede wszystkim zapędy megalomańsko-mesjanistyczne oraz wybitne skłonności do siania fermentu. Niczym natchniony lider sekty, potrafi wielkimi, patetycznymi słowami zachęcić stale poszerzające się armie wyznawców do aktów zniszczenia, morderstw i samobójstw w imię lepszego jutra. Zagrożenie pojawić się potrafi stąd znienacka, ze strony przeciętnego amerykańskiego obywatela…
Popularne stało się w strzelankach żonglowanie punktem widzenia. Aby zrozumieć skalę przedstawianego zjawiska, poznać bliżej, co napędza ruch oporu, przyjdzie nam wcielić się tu nie tylko w członków elitarnego oddziału R6, lecz także domorosłych terrorystów. Tak głęboko wierzących, że zmieniają swymi aktami rzeczy na dobre, lecz również tych nie zawsze godzących się z powierzoną im misją, ale często nie mających wyboru - jeśli Treadway dostrzeże nadarzającą się sposobność, by coś udowodnić światu, porwanie powiedzmy czyjejś rodziny, żeby potem chcący ich ratować cywil z bombą przyczepioną do klatki piersiowej demonstracyjnie wysadził w powietrze pół dzielnicy, to żaden problem. Zbir nie cofnie się zwyczajnie przed niczym, byle dowieść swych pokrętnych racji. Ukazanie dramatu z kilku punktów widzenia ma zmusić gracza do głębokich przemyśleń.






