Kane & Lynch 2: Dog Days
Ekipa przeanalizowała błędy, jakie gracze wytknęli jej przy okazji wydanej w 2007 roku części pierwszej i ponoć wzięła sobie wszelkie uwagi do serca. Choć takie obiecanki o poprawieniu niedociągnięć słyszeliśmy już dziesiątki razy, a często efekt końcowy wciąż pozostawiał wiele do życzenia, tak nie warto chyba z miejsca przekreślać duetu zbirów - w końcu choćby Ubisoft potrafił wyeliminować przecież z Assassin’s Creed wszelkie zauważone „wpadki”. Udowodniono, że przy odrobinie chęci i pomysłowości można doszlifować dobry pomysł, puszczając w niepamięć grzeszki przeszłości. Naturalnie trudno prorokować, czy w przypadku Kane & Lynch 2: Dog Days tak będzie, niemniej zapowiedziano na pewno kilka zupełnie nowych pomysłów, które bez wątpienia wzbudzają masę kontrowersji. Oby tylko z założenia przełomowe motywy nie okazały się ostatecznym gwoździem do trumny przygód pary zabójców... Po dwóch fiaskach kto spojrzy na "trójkę"?
Podstawowe zmiany dotyczą kilku istotnych kwestii. Po pierwsze, gra tak naprawdę powinna nazywać się Lynch & Kane, gdyż tym razem w jednoosobowej kampanii wcielimy się w postać dyskusyjnej urody brodatego psychopaty. Czyżby firma zdecydowała się na zmianę bohatera, bo oto w dużej mierze siła pierwowzoru leżała w niecodziennym zachowaniu „przystojniaka” towarzyszącego Kane’owi? To przecież Lynch ładował duet w tarapaty – czasem celowo, czasem przypadkowo. Twórcy niejednokrotnie pokazali, że chory psychicznie kompan widzi świat w odrobinę inny sposób, niż statystyczny Kowalski. Tak, niewątpliwie ubrany w biały podkoszulek zabójca jest postacią ciekawszą, ale też producenci ryzykują tutaj – świat widziany oczyma psychopaty przedstawiony w ujęciu normalnym, może zepsuć całą koncepcję. Z kolei zbytnia przesada w temacie choroby psychicznej Lyncha stworzy niestrawną papkę.







Co do systemu osłon w tej grze to nie mam żadnych zastrzeżeń, a grałem zarówno na padzie jak i na klawiaturze (+mysz oczywiście).