I Am Alive
Pokierujemy poczynaniami mężczyzny ocalałego z wielkiego kataklizmu. Dokładnie rok po tajemniczej, niemal całkowitej eksterminacji rodzaju ludzkiego, trafia on do fikcyjnego miasta Haverton gdzieś w Ameryce, aby odnaleźć swoją żonę oraz córkę. Fani programów o przetrwaniu doskonale wiedzą, że życie zależy w trudnych warunkach od utrzymywania odpowiedniego zasobu energii, a także wody w organizmie, na co również zwrócili uwagę deweloperzy. Trzeba będzie stale poszukiwać chociażby żywności, często napojów czy leków, o czymś do obrony przed bandami, którzy pewnie czują się w zrujnowanym mieście, nie wspominając. Jasne, natkniemy się na przyjazne bohaterowi dusze, wykonamy dla nich ponadto kilka zadań, lecz mimo wszystko w większości dojdzie do sytuacji zagrażających naszemu bytowi. W betonowej dżungli rządzi niestety prawo silniejszego.
Z uwagi na ciągłe braki w ekwipunku, bezpośrednich starć z miejscowymi bandytami najlepiej po prostu unikać, zaś w sytuacjach bez wyjścia próbować raczej „ściągnąć” kogoś z dystansu - powiedzmy przy użyciu łuku. Broń palna rzadko wpadnie nam w ręce, o amunicję do niej będzie naturalnie diablo trudno, niemniej na sam widok spluwy (nawet pustej) przeciwnikom rzednąć ma mina, więc przy pokerowej twarzy i odpowiednim blefie uratujemy skórę nie oddając ani jednego strzału. W ostateczności sięgniemy po oręż improwizowany, tudzież zaatakujemy wręcz. Niejednokrotnie przyjdzie zagadywać oprycha, żeby w odpowiednim momencie z zaskoczenia wykończyć go jego własnym „scyzorykiem” przy pasku. Wygląda na to do tego, iż sporą ilość wrogów usieczemy maczetą, bowiem twórcy z dostępnej broni białej o niej właśnie wspominają najczęściej.






