Fallout: New Vegas
Kim jest główny bohater tejże odsłony przygody w świecie po zagładzie atomowej? W skrócie można by określić go jako kuriera, bo parał się dostarczaniem paczek z jednego miejsca w drugie. Już tego nie robi, gdyż pewnego feralnego dnia roku 2280 spotkał go mały „peszek” – zarobił kulkę w łeb, ktoś władował go do rowu wykopanego gdzieś na pustyni Mojave, a mającego imitować grób i uszedł z jego ostatnią przesyłką pod pachą. Koniec historii? Ależ skądże – kilka dni później budzimy się w miasteczku Goodsprings. Okazuje się że w piasku znalazł nas robot Victor, zaś życie uratował niejaki doktor Mitchell, do którego maszyna należy. Od niego to otrzymujemy niezbędne nam w przetrwaniu urządzenie PipBoy 3000, spluwę plus niebieski kombinezon z Krypty 21…
Z początku to głównie historia zemsty, niemniej z czasem zostajemy wplątani w coś o wiele większego i od naszych poczynań zależał będzie los pustkowi Nevady. O zamysł czy klimat nie mamy się raczej co martwić – głównym guru gry jest Chris Avellone, niegdysiejszy projektant przy choćby Fallout 2, a z nim nad całością czuwają także Josh Sawyer (Planescape: Torment, Icewind Dale) oraz artysta koncepcyjny Brian Menzie. Co ciekawe, panowie zdradzają, że rozmowy z Bethesdą odnośnie wspólnego projektu w znanym post-nuklearnym świecie trwały od dawna, bo w sumie rozpoczęły się jakoś niedługo po stworzeniu Obsidian (2003 rok). Wiele wody w Wiśle upłynęło, zanim doszli do porozumienia, no ale jak to się mówi: „lepiej późno, niż wcale”.
New Vegas śmigało będzie na zmodyfikowanym silniku użytym w Fallout 3. Produkcja może wydawać się na pierwszy rzut oka raptem rozbudowanym dodatkiem, ale to tylko pozory – obecni twórcy zdradzają, że niejedno „pod siebie” tutaj zmienili, wprowadzając szereg ulepszeń i udogodnień. Lecz przede wszystkim mamy zupełnie inne lokacje. Żywe kolory zastępują dotąd raczej szare ukazanie miejscówek, co czyni z okolic tytułowego miasta tereny o wiele bardziej przyjazne do życia. No, gdy zapomnieć o wszędobylskich super mutantach, deathclawach czy napromieniowanych Geckosach, oczywiście. Niemniej ponoć nie raz spojrzymy w niebieskie niebo, aby z uśmiechem na twarzy wygrzać twarz w promieniach cyfrowego słońca.
...i Alien Disruptory niech zostawią


czekamy 



