Driver: San Francisco
Produkcją Driver: San Francisco zajmuje się Ubisoft Reflections, zaś prace przebiegają pod czujnym okiem twórców pierwowzoru. Czy to dobra wróżba? Myślę, że tak. Najlepszą chyba informacją, jaka do tej pory wypłynęła, jest fakt rezygnacji z wszelkiego rodzaju sekwencji chodzonych, które autorom poprzedniczek jakoś nie za bardzo się udawały. Tym razem, tak jak w oryginale, esencją rozgrywki pozostaną pościgi samochodowe. Pewne wątpliwości może za to budzić fabuła, pisana chyba po linii najmniejszego oporu - John Tanner po wydarzeniach z części trzeciej auto-sagi znajduje się w stanie śpiączki i tak naprawdę zupełnie nie zdaje sobie sprawy, co się wokół niego dzieje. Przedstawione tutaj wątki to tylko wytwór jego wyobraźni. Fanów ucieszy zapewne powrót Charlesa Jericho - najwidoczniej on także przeżył strzelaninę w Stambule, kończącą Driv3ra. Albo też właśnie nie?
Stan „kliniczny” naszego detektywa zaowocował nabyciem przez niego pewnej umiejętności, która niezwykle ułatwi nam zadanie podczas zaliczania kolejnych samochodowych misji. Tak zwany "shifting" to nic innego jak błyskawiczne zmienianie fury podczas rozgrywki - przenieść się da do dowolnego wehikułu krążącego po ulicach San Francisco. Wystarczy wcisnąć jeden przycisk na padzie i Tanner magicznie zyska możliwość obserwacji terenu z góry, niejako unosząc się nad ziemią (w końcu wszystko mu się tylko śni). Wciskamy go ponownie i bum! - siedzimy za kierownicą zupełnie innego pojazdu. W ten sposób odkrywamy także kolejne misje, typu udział w pościgu policyjnym czy pokierowanie taksówką. Dodatkowo, dzięki „duchowym” przeskokom da się ukończyć poszczególne zadania na wiele różnych sposobów. Wyraźne ułatwienie, ale deweloperzy uspokajają, że w pełnej wersji gry dostęp do tej zdolności będzie poważnie ograniczony i zdobywany dzięki pewnej oraz widowiskowej jeździe.
Teren, po jakim przyjdzie nam się poruszać, obejmie dokładnie 208 mil dróg i autostrad, czyniąc z Driver: San Francisco jedną z najbardziej rozbudowanych pod względem środowiska gier na tę generację sprzętów. Twórcy przechwalają się, że pokonanie wszystkich szos ze stałą prędkością stu mil na godzinę zajęłoby więcej niż dwie godziny czasu rzeczywistego - choć oczywiście niezmienne utrzymanie takiej szybkości byłoby niemożliwe ze względu na ruch uliczny. Pojeździmy po nieźle (choć nie idealnie) odwzorowanym San Fran, gdzie oczy ucieszą wszelkiego rodzaju charakterystyczne elementy krajobrazu tego amerykańskiego molocha, wliczając w to słynne wzgórza (pamiętacie film Bullitt?) czy też miejscówki, po których uganiał się w pogoni za mordercą Brudny Harry. Nie zabraknie oczywiście również mostu Golden Gate. Zwiedzimy do tego lokacje na północ od metropolii, w tym hrabstwo Marin County, czyli siedzibę słynnego więzienia San Quentin. Jednym słowem, raj dla kierowców preferujących niebezpieczną jazdę - a i pooglądać będzie co.
2-nie grałem
3-ka za trudna
4-fatalna
5 - ?






