50 Cent: Blood on the Sand
Nasz „Drobniak” zaliczył do tej pory występ w jednej grze i choć okazała się ona komercyjnym hitem (a jakże), to recenzenci byli dla niej absolutnie bezlitośni. Że kretyńska fabuła, że fatalne celowanie, że w gruncie rzeczy nie wiadomo, czy to satyra na „gangsta stajl”, czy zwyczajnie tak żałosny produkt. Fiddiemu (kolejny przydomek 50 Centa) chyba nie spodobały się te krytyczne głosy, bo zamierza wrócić z dużym hukiem i rzucić w piach trochę krwi. A wszystko wskazuje na to, że zrobi to w lepszym stylu niż trzy lata temu, podczas premiery 50 Cent: Bulletproof.
Tym razem pretekstem do wyplucia ton ołowiu oraz urządzenia głośnej bonanzy będzie kradzież wartościowej czaszki wysadzanej diamentami. Miała ona być formą płatności za koncert 50 Centa (tak, on umie nie tylko strzelać, a również śpiewać), tymczasem ktoś ją sobie przywłaszczył i nie ma zamiaru oddać. Jako że Fiddy nie koncertuje charytatywnie, postanawia wraz z chłopakami z sąsiedztwa odzyskać cenny przedmiot. Tak oto wespół z Lloydem Banksem, Tonym Yayo i DJ-em Whoo Kidem – czyli całym G-Unit – wyrusza w krwawą podróż po Bliskim Wschodzie, gdzie nie zabraknie palącego słońca, półnagich panienek oraz przecinających powietrze kul. Z mocnym naciskiem na to ostatnie.
Historia prosta, banalna wręcz. W tym przypadku mówi się otwarcie, iż jest ona tylko marnym wytłumaczeniem całego bałaganu, jaki wyrządzimy rękami 50 Centa i jego kompanów. A ma on być naprawdę spory – z obietnic autorów wynika, że Blood on the Sand będzie po brzegi napakowany akcją, w której trup ściele się gęsto, a teren spływa potokami krwi. Naszej wesołej bandzie Murzynów przewinie się przez łapki 21 rodzajów broni, podzielonych według klasy. Tym samym skorzystamy między innymi z dwu pistoletów naraz, pukawek do walki w zwarciu (strzelba) oraz na dużą odległość (snajperka). Nie zabraknie też cięższych armat – możemy spodziewać się pewnie miniguna lub moździerza. Standard.

Żal takich ludzi co niewiedzą co piszą i o czym piszą znając życie to tacy ludzie to chojracy, którzy tylko krytykują a nic więcej nie robią.
To jest skierowane do : NEDO i do innych którzy tak uważają !!!!!
A jednak. Sami zainteresowani wolą by ich w ten sposób nie określać, ponieważ w świadomości społecznej to słowo miewa często znaczenie pejoratywne. Bezpośrednie tłumaczenie z polityczno-poprawnej anglielszczyzny, tzn. Czarny, jest bardziej akceptowalne.
Rzekłem.
Podsumowujac ta gre kupia tylko fani 50centa czyli pryszczate 12-latki.
Pozdrawiam autora
M11m, BizZ - przyklad tego co moze zrobic z mozgu poprawnosc polityczna... Tragedia.
No i jedna zasadnicza kwestia... to nie jest recenzja. Gra jeszcze nie wyszła, więc jak miałbym poddać ją ocenie? Ten tekst to zapowiedź, panowie.
Pisanie recenzji o grach z czarnym bochaterem napewno nie powinni przydzielać tobie,
wszędzie tyko murzyn murzyn murzyn murzyn i jeszcze raz murzyn.
Dno poprostu dno







