Vandal Hearts: Flames of Judgment
Cóż, fabularnie nowa odsłona niestety nie dorównuje swoim poprzedniczkom, co niemniej nie oznacza, że jest źle. Fakt, iż nie mamy do czynienia ze sztampowym ratowaniem świata pozwala spojrzeć na historię tutaj przedstawioną nieco łaskawszym okiem. Mamy rok 328, a więc dwadzieścia lat minęło już od czasu jednej z największych bitew stoczonych między ludami Urdu i Balastrade. Początek gry przedstawiony jest z oczu największego generała tamtych czasów, kryształowego wręcz Daldrena Graya, aczkolwiek główny bohater tu to Tobias, skromny uzdrowiciel w służbie Kościoła. Oczywiście w miarę poznawania motywów poszczególnych postaci okazuje się, że nie wszyscy są tak doskonali i dobrzy, jak to na starcie wyglądało, zaś zdrady oraz zmiany stron konfliktu częstsze są w Vandal Hearts: Flames of Judgment niż tegoroczne opady śniegu. Samą ścieżkę fabularną przedstawiono w postaci statycznych scenek pomiędzy kolejnymi bataliami, dodatkowo każdy akt rozpoczyna się i kończy krótkim animowanym filmikiem, w którym nasze postaci możemy również usłyszeć. Szkoda, że kreska tu raczej śmieszy, przez co bohaterów ciężko brać poważnie.
Jak to w taktycznych RPG zwykle bywa, mamy mapę świata, po której podróżuje nasza dzielna drużyna. Są miasta i garnizony, gdzie można dokonać zakupów czy tam w tawernie posłuchać plotek. Tylko w sumie wizyty w barze nie przynoszą żadnych konkretnych rezultatów - dowiemy się raptem na przykład, że czyjś mąż nie wrócił z wyprawy do sąsiedniej wioski. Żadnych pobocznych zadań tak nie wyłapiecie. Ale poza zasięganiem języka są we Flames of Judgment sprawy ważniejsze - walki. Odbywają się one na planszach rozsianych po świecie dość gęsto. Te podstawowe są zaprojektowane niestety bez polotu i dobrze chociaż, że można na nich znaleźć różnoraki dobytek, z którego od razu da się skorzystać. Podoba mi się za to fakt, iż często na mapach trzeba wykonać konkretne zadanie, by popchnąć akcję do przodu - a to pociągnąć za dźwignię, a to zepchnąć kilka głazów, żeby w rezultacie zniszczyć bramę fortu obronnego i wywołać bossa. Do tego bardzo fajny jest system odkrywania map dodatkowych, które znajdujemy badając obiekty (dziury w drzewie, kościotrupy itp.) na tych zwykłych. Bonusowe lokacje są przygotowane dużo lepiej, ich zróżnicowanie jest większe - że wymienię chociażby labirynt czy więzienie, zaś jedyny ich minus taki, iż do ewentualnych skrzyń ze skarbem prowadzi z reguły niezwykle długa droga.






