Torchlight
Jest zarys historii, ale to wyłącznie tło pod rozbijanie się po lochach – starczy wiedzieć tyle, iż mamy tutaj głównego „złego” czekającego na nas na samym końcu gry, na dnie pewnej kopalni, a należy się do niego przebić przez całe zastępy rzucanych nam pod nogi goblinów oraz innego tego typu asortymentu z katakumb. Co dobre, sceneria zmienia się diametralnie raz na kilka poziomów przebytych „wgłąb”, fundując nam coraz to inne wrażenia wizualne, jak również rzecz jasna typy przeciwników. Tych dzielimy na zwykłych, ich wersje magiczne, mocniejsze (trudniejsze do ubicia, ale za to znalezione przedmioty lepsze) oraz bossów, których posyłamy do piachu zazwyczaj pod koniec zwiedzania danego typu lokacji.
Złudnie początki z grą wcale do pozytywnych nie należały. Nie wpadła mi w oko karykaturalna, kolorowa otoczka fantasy. Faktu oddania raptem trzech klas do wyboru (odpowiednio do walki w zwarciu, na dystans oraz z postawieniem na magię) nie uratował dorzucany gratisowo zwierzak, który zamiast pomagać, biegał dookoła wydając irytujące dźwięki. Pierwsze przebyte piętra także lekko zalatywały monotonią. Grało się, bo grało. I nagle przełom – w miarę zdobywania kolejnych poziomów postaci, zakładania coraz to nowszego ekwipunku zdobytego na wrogach, tudzież znalezionego w jednej ze skrzyń czy beczek (każdy element wdzianka ma odzwierciedlenie w wyglądzie naszego bohatera), karmienia pupila rybami oraz uczenia go zaklęć, wciągnęło mnie zwyczajnie bez reszty…







