Serious Sam HD: The First Encounter
Pewnie większość osób czytających ten tekst zapoznała się już z „Poważnym Samem” i jego przygodami dawno temu, w wersji na komputery osobiste. Ja jakoś, z uwagi na to, że sprzęt PC przeze mnie posiadany zawsze zwykle odstawał z dwa-trzy lata od wymagań jakiejkolwiek porządniejszej gry „piecowej”, nie poświęciłam mu zbyt dużo czasu. Czy żałuję? Absolutnie nie, bo dzięki temu Serious Sam: The First Encounter w wersji HD okazało się doświadczeniem świeżym, a jednocześnie wyjątkowo emocjonującym. Bardzo brakowało mi takiej pozycji. Sam tryska testosteronem na wszystkie strony, dzierży masę coraz to większych, śmiercionośnych pukawek, a humor, jaki serwuje, przypomina trochę pseudo-hollywoodzkie produkcje klasy nawet nie B, ale C. Do tej gry to jednak pasuje jak ulał – zresztą nawet scenariusz, mimo iż nieskomplikowany, lepszy jest od kilku "dzieł" filmowych spod nader mistrzowskiej ręki Uwe Bolla.
Fabuła zawiła jest w równym stopniu co ścieżki myślenia, którymi podąża charyzmatyczny główny bohater. Mamy XXI wiek i oto nasz gatunek odkrywa pozostałości niezwykle technicznie zaawansowanej cywilizacji, istniejącej na długo przed nami. Ludzie jak to ludzie - wtykają nos w nie swoje sprawy, a poprzez zdobycze nauki pozyskane dzięki wszelkim takim „znajdźkom” zaczynają zapuszczać się coraz głębiej w kosmos. Co oczywiście sprawia, że w końcu nadeptują na odcisk obcym rasom. W pamiętnym roku 2104 jedni galaktyczni brzydale atakują nasz system słoneczny, w tym naturalnie Ziemię. Kto może wyratować wszystkich z opresji? Oczywiście Sam, (w dodatku sam!), który dzięki artefaktowi o nazwie Time-Lock wysłany zostaje przez naukowców w przeszłość, aby zapobiec intergalaktycznej katastrofie w przyszłości. I pogawędzić przy tym. Zaiste, lepszego osobnika do tej roboty nie można było wybrać...
Prawdziwą esencją produkcji nie jest jednak fabuła (tak, wiem, wielka niespodzianka), lecz przecudowna oraz rajcująca mimo upływu lat rozgrywka. Biegamy po starożytnym Egipcie pacyfikując chmary (i nie przesadzam - naprawdę są to hordy niczym te tureckie, czy tatarskie) nadbiegających ze wszystkich stron przeciwników. Wrogowie są dość zróżnicowani, bo poczynając od zwykłych, przypominających jeszcze ludzi, a kończąc na przeogromnych bossach dorównujących wzrostem piramidom, mamy tu naprawdę niezły przekrój wszystkiego, co złe. Projekty potworów są zmyślne - nie ma to jak szaleńcza szarża wielkich korpusów z ogromną paszczą czy też samobójczych bezgłowych kamikaze z ładunkiem wybuchowym w obu dłoniach. Lub ewentualnie wielkich bawołów, które zachowują się, jakby Sam miał na sobie wściekle czerwoną koszulkę. Od samego początku wszyscy prują na nas równocześnie, biegnąc, strzelając, obrzucając wszystkim, co się da. Chaos, lecz niezwykle przyjemny.






