Matt Hazard: Blood Bath and Beyond
Należałoby zacząć od krótkiego wyjaśnienia. Mianowicie, według twórców historia głównego bohatera rozpoczęła się tak naprawdę wiele lat temu, a firma ma na koncie niejedną udaną pozycję. Rzeczywistość wygląda naturalnie zupełnie inaczej, zaś całe zamieszanie to sprytnie zaplanowana kampania marketingowa, mająca przekonać nas, że Matt jest weteranem produkcji wideo. „Krwawa łaźnia” to faktycznie dopiero druga gra o dzielnym, acz totalnie zadufanym w sobie macho, któremu zależy wyłącznie na jednej osobie na całym świecie - na sobie. Hazard oto znalazł się w prawdziwym niebezpieczeństwie. Cóż, właściwie nie bezpośrednio on sam, lecz jego ośmiobitowy odpowiednik – musimy uratować go od straszliwej śmierci w „oldskulowej” odchłani. Jak tego nie zrobimy, również i Matt z teraźniejszości zniknie. Co jak co, ale do tego nasz bohater dopuścić przecież nie może, gdyż tyle jeszcze wspaniałych tytułów z jego udziałem czeka na swoją premierę… Wyruszamy zatem na krucjatę przeciwko temu, co się rusza i (przede wszystkim) co ostrzy sobie zęby na jedną z najważniejszych postaci w growym wszechświecie.
Produkt z założenia miał być strzelanką w otoczeniu 3D, także cele, jakie postawili przed odbiorcami twórcy, nie mogły być zbytnio skomplikowane. Przez osiem kolejnych etapów przemy cały czas w prawo, w szaleńczym tempie szafujemy śmiercionośnymi kulami na wszystkie strony i równocześnie próbujemy uniknąć ataków wyprowadzanych przez niezliczone hordy pojawiających się na ekranie przeciwników. Zarówno poruszanie się, jak i strzelanie, odbywa się tu za pomocą lewej gałki pada, co nie zawsze okazuje się super wygodną opcją - ale o wadach później. Niekiedy wrogowie próbują nas zaskoczyć atakując z głębi planszy, co wymusza sporą dozę koncentracji - inaczej przygoda w świecie pana Hazarda szybko może się zakończyć. Dużym atutem pozycji jest zróżnicowanie dostępnych w grze broni oraz przydatnych dopalaczy. Z giwer mamy tu wszystko, co potrzebne, od strzelb oraz wyrzutni rakiet począwszy, a na miotaczu ognia skończywszy. Szczególnie odpieranie ataków w ten ostatni sposób potrafi sprawić ogromną przyjemność. A i wizualnie wygląda to znakomicie.
Nie mogło zabraknąć olbrzymich bossów, czyhających na nas na końcu dostępnych poziomów. Każdy z nich ma oczywiście charakterystyczny dla siebie sposób poruszania się i ataku, jednak ze względu na sporą szybkość oraz moc wyprowadzanych ciosów gracz za każdym razem staje przed wymagającym wyzwaniem. Szefowie zaprojektowani są z typowym dla całej produkcji humorem, że wspomnę tylko o czekającej na nas w jednej z plansz olbrzymiej latarni morskiej, atakującej bohatera za pomocą jakby macki z kotwicą na końcu. Niestety - do zabawy szybko wkrada się rutyna, a my zaczynamy kręcić nosem i narzekać na powtarzalność ich zagrań czy wszechobecne schematy. Należy również ciągle pamiętać, że na wyższych poziomach trudności liczba dostępnych kontynuacji jest ograniczona. W przypadku powtarzającej się zbyt często śmierci głównego bohatera będzie trzeba cały poziom powtórzyć od samego początku, nawet pomimo faktu polegnięcia dopiero przy końcu. Mimo to raczej nie doprowadza to do na szczęście frustracji - same poziomy są dosyć krótkie, a tak zwane "ostateczne skopanie tyłka" bossowi, który wcześniej parę razy zdołał uczynić taką samą uprzejmość nam, daje niezłą satysfakcję i równocześnie spory zastrzyk energii, motywujący do dalszej walki.






