Lara Croft and The Guardian of Light
Postawiono na niezwykle tradycyjne podejście do rozgrywki, mamy tu bowiem do czynienia z izometryczną odmianą TPP. Na pierwszy rzut oka tytuł prezentuje się zatem jak rasowa strzelanka - i tak po części jest, gdyż wdzięczna Lara do dyspozycji dostaje sporą ilość wszelakiego oręża na kulki. Pistolety, broń maszynowa, strzelby, wyrzutnie granatów oraz rakiet... Skąd to wszystko w Świątyni Światła, spytacie? Ano, zostajemy tam wrzuceni przez najemników. Nasz cel to odzyskanie starożytnego artefaktu o nazwie Mirror of Smoke. Przy okazji uwalniamy jednak demona Xolotla, który co do nogi wybija żołnierzy - stąd właśnie giwery. Z pomocą w ponownym uwięzieniu wielkiego zła przychodzi Larze niejaki Totec, tytułowy strażnik światła. Fabuła prezentowana jest w postaci krótkich scenek przerywnikowych i choć jest bez polotu, stanowi miłe tło dla samej zabawy.
Strzelanie nie stanowi esencji produkcji, niemniej kiedy się już pojawia, cieszy fakt, iż wszystko zostało naprawdę dobrze rozwiązane. Na raz dzierżyć można do trzech niekonwencjonalnych pukawek (plus nieodłączne pistolety), między którymi się w miarę swobodnie przełączamy. Na planszach gdzieniegdzie rozsiane zostały skrzynie z amunicją, świecące charakterystycznie na niebiesko - zwykle zapowiadają one większą zadymę tuż za przysłowiowym rogiem. Przeciwnicy to ciekawe tałatajstwo, od jaszczurek, po stwory rzucające czarami, ogry oraz inne wielkie brzydale, z T-Rexem na czele. Ale jak wspominałam, „prucie” do nich to w Strażniku Światła wyłącznie dodatek do kręgosłupa, czyli...
Tak, tak - prawdziwe mistrzostwo kryje się w projekcie lokacji. Mamy do czynienia z podziemiami wszelkiej maści, najeżonymi po brzegi pułapkami i zagadkami - coś, co fani klasycznych Tomb Raiderów lubią najbardziej. Puzzle to z reguły "włącz przycisk, otwórz drzwi", lecz ta podstawa dała początek pomysłom, które chwilami mogą przyprawić o ból głowy... Oraz palców, gdyż zręczność często liczy się jeszcze bardziej niż pomyślunek. Obecne są sekwencje ociekające adrenaliną - co powiecie na korytarz wypełniony od początku do końca kolczastymi zgniatarkami? „Przerywnik” w unikaniu takiej śmierci to zaś skoki po zapadającej się podłodze. Ze spadającymi zewsząd kamiennymi kulami jako atrakcja wieczoru. Co dobre, fragmenty ze strzelaniem i używaniem umysłu łączą się w spójną całość.

Nonsens. TR Legend odnowiło serię bardzo ładnie i było naprawdę popularne. Anniversary okazał się świetnym remakiem i recenzenci zachwycali się odnowioną częścią pierwszą. Jeśli chodzi o Underworld, to recenzenci znający serię wymienili parę bugów technicznych, jednak bardzo wysoko grę oceniali. Jeśli chodzi o społeczność TR, Guardian of Light stawiane jest jako "pod-gra", raczej odskocznia od głównego nurtu i absolutnie nie kontynuacja.







CD niech wreszcie zejdzie na ziemię i pomyśli nad kontynuacją Legacy of Kain. Wiele w tej grze przez lata zepsuli, wiele uprościli, jakość wykonania zeszła z czasem na psy. Nie udało się im jednak nigdy pierwotnie zbudowanego klimatu Nosgoth, w którego realia jeszcze raz chciałbym się zanurzyć i wierzę, że będzie mi to dane. pomimo całościowego zakończenia Defiance.