James Cameron's Avatar
Jak głoszą plotki, uniwersum przedstawione w grze i filmie było co prawda tworzone przez reżysera wiele lat, ale prawdę mówiąc ja nie dopatruję się tu jakiejś niesamowicie oryginalnej historii. Mamy przyszłość, ludzkość zapuszcza się w najdalsze części galaktyki w poszukiwaniu surowców, których największe złoże (na naszą niekorzyść) znajduje się na nieprzyjaznej dla człowieka pod względem warunków do życia planecie Pandora. Po dotarciu do globu okazuje się ponadto, że zlokalizowana przez nas cenna ruda umiejscowiona jest dokładnie pod wioską niebieskoskórych tubylców. Na'vi, bo o nich mowa, to wytrenowani łowcy, którzy od wielu stuleci zamieszkują te rejony i doskonale przystosowali się do krwiożerczej fauny oraz flory na pozór rajskiej Pandory. Naturalnie nie w głowie im opuszczać domy i pozwolić maciupkim ludziom wydobywać drogocenny kruszec. Co w takim wypadku może zrobić rasa ludzka?
Jak to co - oczywiście najłatwiej rzucić się do walki, spróbować wymordować mierzących prawie dwa i pół metra Na’vi. Niemniej „geniusz” Camerona idzie dalej. Reżyser przedstawia zdecydowanie bardziej pokojowe rozwiązanie – po cóż mamy atakować autochtonów, skoro technologia pozwala na przerzucenie świadomości żywego człowieka w ciało sztucznie wyhodowanego tubylca, zwanego oto tytułowym Avatarem. Następnie pozostaje tylko sprawić, aby „smerfy” zaufały podstawionemu wysłannikowi i grzecznie gęsiego opuścili interesujące ludzi miejsce. Cały plan wydaje się banalnie prosty, lecz jedynie pozornie. Za „sterami” klona może zasiąść bowiem wyłącznie odpowiedni człowiek, taki o charakterystycznych genach - a o takiego łatwo nie jest.
Dobra, mała przerwa. Wyobraźmy sobie teraz, że tych dwóch akapitów wyżej, które nieco naświetliły Wam fabułę, nie było i zaraz po odpaleniu gry oraz wyborze płci lądujemy w butach żołnierza korporacji RDA - Rydera. Krótko po tym opuszczamy obóz wojskowy i wyruszamy na podbój Pandory. Dalej mamy trochę strzelania w dżungli, a nagle ni z gruszki, ni z pietruszki stajemy się „oblatywaczem” Avatara. Sami przyznajcie, iż raczej słabe wprowadzenie do niezwykle „głębokiego” uniwersum, jakim miało to wszystko być. Aż dziw bierze, że twórcy między innymi mojego ukochanego Assassin’s Creed II, czyli Ubisoft Montreal, dopuścili się tak kalekiego oraz całkowicie niedorzecznego wstępu. Po co tu jestem? Kim jestem? I dlaczego strzelam do tych niebieskich gości skaczących po drzewach? To jedynie niektóre z pytań, jakie w pierwszych chwilach zaświtają Wam w głowie przy przemierzaniu planety. Na szczęście niezwykle bogate oraz kolorowe środowisko Pandory na chwilę sprawiło, że wyłączyłem swoją dociekliwość i zacząłem jako tako cieszyć się grą…







