Fist of the North Star: Ken's Rage
Część osób może się zastanawiać, czym u diaska w ogóle jest Fist of the North Star? Otóż mamy tutaj do czynienia z dosyć wykręconą, japońską wersją Mad Maksa, gdzie świat doszczętnie zrujnowała wojna nuklearna, zaś przetrwanie w zgliszczach cywilizacji stało się równie ciężkie, co znalezienie miękkiego papieru toaletowego. Bohater opowieści to niejaki Kenshiro – tajemniczy mistrz sztuki walki Hokuto Shinken, który niczym postapokaliptyczny Mesjasz przyszedł wybawić strawiony żarem ląd od rządzących na nim żelazną ręką gangów, wyglądających często jak obłąkana bojówka członków parady równości. Od syna Boga różni go jednak fakt, że nie zwalcza zła biernym oporem i miłością, a chirurgicznie wymierzonymi ciosami w witalne punkty na ciele wroga, rozsadzającymi go od środka po kilku sekundach, niczym żabę petarda w zadku. Jest to długa i usłana ludzkimi wnętrznościami droga, w trakcie której heros likwidując jednego złego po drugim zbliża się do najtwardszego z nich wszystkich - tyrana Raoha. W misji użyźniania lądu pozbawionymi gustu oprychami wesprą bohatera nowo poznani sprzymierzeńcy, urozmaicający wędrówkę własnymi, niezwykle interesującymi wątkami pobocznymi, czyniącymi tę serię tak niezwykłym dziełem - pomimo lat.
Akapit przepełniony zachwytem dotyczył rzecz jasna komiksu oraz kreskówki – gra Fist of the North Star: Ken’s Rage jest oto niczym więcej, jak świętokradczym morderstwem licencji, na której zwłokach Omega Force zatańczyło, wdeptując w glebę moje pozytywne wspomnienia z materiału źródłowego. Jasne, tytuł stara się wiernie śledzić historię oryginału, jednak sposób prowadzenia narracji, dialogi rażące umysł przeciętnie inteligentnego człowieka oraz często wyrwane z kontekstu fragmenty opowieści, zwyczajnie zniechęcają do śledzenia fabuły. Fanów serii z pewnością ucieszy specyficzny charakter marki Warriors (na której to mechanice bazuje ten tytuł), dzięki czemu wolno nam będzie wcielić się w role kilku innych, przychylnych Kenshiro bohaterów, uzupełniając zabawę o następne, ogołocone z klimatu oraz godności wątki. Nie zmienia to tego, że twórcy po prostu pragnęli tylko i wyłącznie rzucić swój sprawdzony przez lata pomysł w inną scenerię, skupiając się głównie na doszlifowaniu tego, co robią najlepiej – pacyfikowaniu kolejnych zbiorowisk tępych jak zardzewiałe gwoździe mięśniaków.
Aha, tutaj jest też o wiele mniej grywalnych postaci, z tym że teoretycznie gra nadrabia to sporą ilością wykończeń dla poszczególnych bohaterów.
Na moje oko Dynasty Warriors 6 miało zdecydowanie więcej ludu biegającego po ekranie, natomiast w Ken's Rage sytuacje przytłaczających ilość zdarzają się dosyć sporadycznie (zazwyczaj są to średnich rozmiarów zbiorowiska).
Co do grafiki, to poziom jest porównywalny (może troszkę lepiej Ken's Rage wygląda), ale to dalej jest jedno wielkie "kopiuj, wklej" z biednych tekstur i sztywniactwa. To co może Cię wkurzyć względem DW6, to o wiele mniejsza dynamika walki. W Warriors tam praktycznie frunęło się przez mapę, podczas gdy Kenshiro ma tak wolne i ślamazarne te ataki, że idzie usnąć w trakcie ich wykonywania.
Małe pytanie - czy liczba wrogów na ekranie jest duża? Czy jednak Dynasty Warriors ma więcej? I jak wypada grafika względem DW6? Bo co jak co ale DW traktuję sobie jako odskocznię gdy chcę sobie pomordować troszkę(tysiąc, dwa tysiące) przeciwników. Czy w takiej roli można patrzeć na tą grę?








