Final Fantasy XIII
Jak fabularnie przedstawia się tak długo wyczekiwane Final Fantasy XIII (które żywot rozpoczęło jak się niedawno okazało jeszcze na PS2)? Tym razem opowieść ma miejsce głównie w futurystycznym mieście Cocoon. Tutejszy świat, razem ze swoimi przepięknymi krajobrazami, zostaje nam pokrótce zaprezentowana w tradycyjnie zrobionej z „pompą” wstawce otwierającej grę. Niestety rozległe lasy, pustynie i różne stwory nagle znikają, kiedy pewien pociąg, który blisko śledzi kamera, wjeżdża w głąb góry. Bogatą paletę barw zastępują surowe kolory na myśl przywodzące serię Metal Gear Solid. W jednym z wagonów pojawia się dwójka bohaterów i wygląda na to, że nie są oni mile widziani. Wraz z ich wykryciem następuje eksplozja, pociąg się wykoleja, a my oto stawiamy czoła kolejnym falom przeciwników. Zdezorientowani?
Nie inaczej było w moim przypadku. Okazuje się, że aby wstępnie poznać historię opowiedzianą w najnowszym Final Fantasy trzeba spędzić z grą przynajmniej kilkadziesiąt bitych godzin. Dopiero po czasie dowiadujemy się o przedziwnej istocie zwanej fal’Cie, która przemienia ludzi w tak zwanych I’Cie. Ofiary "klątwy" muszą wykonać powierzone im przez oprawcę zadanie. Los mają nieciekawy. Gdy tego dokonają, zamienią się w kryształ, a jeżeli odmówią fal’Cie robi z nich swoich niewolników. Proste do ogarnięcia? No właśnie nie. Pierwsze godziny to chaotycznie rzucane nam strzępki informacji, w których świat, sytuacja na nim panująca oraz jego mieszkańcy są opisani „po łebkach”. Do tego mamy przeskakiwanie między szóstką bohaterów dramatu, co pogłębia zagubienie, gdyż z jedną postacią nie zdążymy się zaprzyjaźnić, a już przerzucani jesteśmy do nowej.
Weteranom „fajnali” został wymierzony policzek, bo Square Enix zdecydowało się uprościć do granic możliwości zabawę. Prócz Cocoon nie znajdziemy żadnych miast, a świat otwiera się w pełni przed nami po około 30 godzinach gry. Lokacje są liniowe do bólu i poniekąd śmieszy obecność minimapy w rogu ekranu, bowiem tak naprawdę idąc przed siebie dojdziemy zawsze do celu. Tym samym, jeżeli spodziewaliście się, iż wykorzystany będzie w Final Fantasy XIII potencjał platform obecnej generacji, to czeka was spory zawód. Fabuła także jak po sznurku... Nie mamy absolutnie żadnego wpływu na decyzje naszych bohaterów, przez co poza podbijaniem ich na wyższy poziom nie dostajemy możliwości kształtowania ich choćby na swoje podobieństwo. Ten element to widać domena zachodnich tytułów RPG, a Japonia woli iść w zaparte swoim torem. Szkoda…
Ff – FFVII rozwój
VIII-IX – zastój
X-dalej – regres
Final Fantasy drastycznie potrzebuje zerwania z korzeniami, przeniesienia produkcji gdzieś na zachód. Wyprania z nędznej i tandetnej japońskiej papki. Zaraz ktoś zarzuci mi, że seria straci swoją tożsamość. Pytam się tylko jaką? Historyjek o bandzie 16-latków ratujących świat przed zakusami zbzikowanej jednostki, która chce go poświęcić w imię swoich sfiksowanych racji? O ile Sakaguchi potrafił przekazać ten bajzel w miarę strawnie, Normura jest tandeciarzem. Jest egzemplifikacją całej miernoty, marności, zacofania i zastoju japońskiego przemysłu GW.
Czas zmian... Pokoleniowych... Zblazowani samuraje z samego szczytu japońskiej hierarchii - Bóstwa pokroju Mikamiego, Kojimy, Miyamoto, Suzukiego itd. nie są w stanie zaprezentować niczego, prócz odgrzewanych kotletów, ocenianych na dychę, bo inaczej nie wypada...
Famitsu dało FFXII 40/40… To najlepiej pokazuje jak odrealniony jest japoński rynek. Z każdej strony: Producenckiej, medialnej, na konsumenckiej kończąc.
My w międzyczasie dorośliśmy i nie traktujemy już japońskiej „sztuki”, jak objawienia.
Marketing i przymus tworzenia tytułów sprzedających za wszelką cenę konsole zepchnął wszystko w złą drogę ... szkoda, bo PSX, PS2, Saturn, DC bardzo sobie cenię.
2 gwoździem do trumny FF jest jego niepojęta MMOwatość, nagle po wydaniu części 11 autorzy wersji singlowych stwierdzili, że zastosowany w niej system, to najlepszy system. Rozpoczęły się jakieś dziwne punkty, gammbity i inne cyrki z optymalizacją naszych zarządzanych sztuczną inteligencją bohaterów, które zawsze wywodziły nas na manowce i zmuszały do ciągłych korekt.
3 Gwoździem do trymny FF jest jego niereformowalność w kwesitach fabularnych. Japończycy nie mogą pojąć, że obecnie fani ich klasyków nie mają lat 10... bliżej im do 40. Fabuły jaqpońskich erpegów to jakieś dziwne pomieszanie z poplataniem infantylności, fetyszyzmu i patosu. Jest coś w tym elementarnie perwersyjnego, gdy przyjrzymy się z bliska
Final Fantasy VII miała w sobiec coś, czego nie miała reszta - "zachodniość". Uderzała w dobrze znane nam, zataczające corasz szersze kręgi tematy i problemy, jak ekologia, czy te odwieczne - walka o wladze, zepsucie, beznadziejnosc, ciężar świata, z którego wykastrowano cała japońską cukierkowatość. To była doskonała metoda na przykucie do telewizorów całej rzeszy zachodnich graczy. FFVIII próbowało uderzyć w podobne klimaty, choć dawka azjatyckiej papki wzrosła niewspólmiernie, sama mechanika rozgrywki, choc pomyślana ciekawie, nie ustrzegła się sporych błędów miejscami wypaczących sens gry. IX była bajkowa, tak bajowka, że grało się w nią bardzo przyjemnie.
Od czasów Chrono Chros Square nie stworzył żadnej dobrej gry... Przykre...
P.S. Wg Japończyków liderem i bogiem jerpegów był... Enix, ze swoim Dragon Questem, square okupowało zawsze miejsce drugie.
FF XIII nie jest godna nawet lizać butów słynnej VII
PS. Moim zdaniem powinieneś ogrywać jednak FF13 na PS3 choćby z sentymentów do poprzednich części








Zachęcił mnie do zakupu.