DeathSpank
Już z samego zarysu fabuły wynika ponad wszelką wątpliwość, że pozycja ta nie zamierza być grą traktującą świat przedstawiony jakoś niesłychanie poważnie. Tytułowy bohater wyrusza bowiem, wskutek interwencji pewnej rudowłosej damy, na wysoce niebezpieczną wyprawę, cel której to odnalezienie potężnego artefaktu o nazwie... The Artifact. Po co on komu? Konkretnie nie wiadomo, ale kto by się przejmował szczegółami. We wszystko zamieszany jest jeszcze zły do szpiku kości Lord Von Prong, a całość historii zmierzać będzie do finalnej z nim konfrontacji. Brzmi typowo? Na szczęście DeathSpank ucieka od schematów, głównie z uwagi na Rona Gilberta. To dzięki niemu linie dialogowe są rozbudowane, a przy tym niezwykle zabawne. W całej grze zresztą widać rękę mistrza - od projektów postaci i przeciwników, po opisy przedmiotów, chwilami zwyczajnie zwalające z nóg.
Jakim typem gry jest właściwie DeathSpank? Gilbert reklamuje swoje najnowsze dzieło jako miks Diablo i serii Monkey Island, z przewagą tego pierwszego w kwestii rozgrywki. Śmiało można zatem określić tę pozycję jako RPG akcji i chociaż troszeczkę więcej tu akcji, niż elementów typowo role-playowych, narzekać nie sposób. Dostajemy dość rozbudowany system zadań do wykonania (33 główne oraz prawie 80 pobocznych), zaś co cieszy mnie najbardziej, to fakt, iż są one zróżnicowane i nie polegają wyłącznie na wyrżnięciu do nogi przykładowo populacji koziorożców czy innego ustrojstwa. Już na początku przygody zdobyć musimy parę przedmiotów, wśród których znajdują się czerwone demonie rogi... Ale te wstrętne bestie zostawiają po sobie wyłącznie białe, więc cóż począć? Czasami trzeba chwilkę pogłówkować, chociaż jeśli utkniemy, z pomocą przyjdą rozrzucone po świecie ciasteczka z wróżbą - dzięki nim odblokujemy przydatne wskazówki.
Bohater podróżuje tu i tam, uszczęśliwiając ludność spełnianiem ich wyszukanych żądań, w przerwach niezłomnie poszukując artefaktu. Mapa, jak na grę wyłącznie pod dystrybucję cyfrową, jest dość rozległa, a same lokacje miło przeróżne - mamy nawiedzone bagna, są kopalnie czy jaskinie... Sporo tego. Aby się nie pogubić, dość gęsto rozsiane zostały tutaj domki, których projekt przywodzi na myśl starodawne nieco ubikacje pod chmurką. Umożliwiają one teleportację w odkryte wcześniej miejsca na mapie, zaś jeśli zginiemy, odrodzimy się w ostatnim odwiedzonym "wychodku". A polec da się, oj da - mimo trzech poziomów trudności (zmiana dostępna jest w każdej chwili), nawet na tym najprostszym przeciwnicy potrafią dać postaci nieźle w kość, co wymusza na graczu stosowanie namiastki taktyk - chociażby w stylu odciągania pojedynczych wrogów na bok.







ale się boję