Battlefield: Bad Company 2
Pierwsze minuty ze szwedzkim dziełem mogą mocno zdezorientować miłośników pierwszej "Kompanii B", a to dlatego, że nagle z czasów obecnych przenosimy się w lata czterdzieste XX wieku. II Wojna Światowa trwa w najlepsze, zaś my jako członek małej grupki komandosów lądujemy gdzieś na Pacyfiku z zamiarem przechwycenia naukowca, który pracuje nad tajną bronią dla Japończyków. Misja jest tragiczna w skutkach, a wiele lat po niej na potężnej technologii kładą swe ręce Rosjanie. Z tego nie ma szans wyjść nic dobrego. I tak szybko przenoszeni jesteśmy w buty bohatera „jedynki”, czyli szeregowego Prestona Marlow. Główny wątek kampanii zaczyna się mniej więcej zaraz po wydarzeniach z Bad Company. Powracają znajome twarze - Terrence Sweetwater, George Gordon Haggard oraz czarnoskóry sierżant Samuel D. Redford, który raz jeszcze stara się utrzymać parszywy skład w ryzach. Prolog świetnie wprowadza do scenariusza. Szkoda, iż dalej historia już tak nie porywa, a wręcz staje się z czasem przewidywalna...
Wizualnie ekipa jest żywcem wyjęta z pierwszej części gry... i na tym podobieństwa się kończą. Niestety charakter członków kompanii uległ zmianie, tak więc przyjdzie nam „zaprzyjaźnić” się z nimi od nowa. Haggard oraz Sweetwater niemal doszczętnie wyprani zostali ze swojego "firmowego" poczucia humoru i całą wojnę nagle zaczęli brać na serio. Dogryzanie sobie nawzajem ograniczono do kompletnego minimum i da się przez to odczuć, że DICE najprawdopodobniej chciało dostarczyć nam nieco bardziej dojrzały i poważny klimat. Ech, mój ulubiony teksański miłośnik ładunków wybuchowych, który niegdyś jawił się jako istny psychopata, teraz bawi się w twardego żołnierza i nie rzuca już tak komicznymi tekstami... Dobrze, że w przypadku „nowego” Sweetwatera odnajduje się niewielkie ślady tego głupka w okularach, co to do oddziału trafił po próbie włamania do rządowego systemu. Tak - każdy z żołnierzy ma wciąż "swoje za uszami", a przez to jednostka rzucana jest zawsze na pierwszą linię frontu.
Co ciekawe, na plus nowemu Battlefieldowi wychodzi usunięcie z kampanii gigantycznych przestrzeni, które często sprawiały, że czuliśmy się zwyczajnie zagubieni. Co prawda obszar działań nadal mamy spory, lecz gracz ograniczony jest tylko do eksploracji niewielkiego, istotnego akurat dla fabuły fragmentu - tutaj niemniej na okrągło coś się dzieje. Za tym idzie również bardzo zróżnicowane otoczenie, w jakim przyjdzie nam "szaleć". Preston postrzela między innymi w mocno zalesionych, dzikich rejonach Chile, następnie postara się nie zamarznąć na śmierć na śnieżnych stokach gór, zaś w międzyczasie zawita jeszcze na pustynię. Mało? W takim razie, aby rozgrywka nabrała większych rumieńców, zostaniemy wrzuceni choćby za działko śmigłowca, pustosząc wszystko pod naszymi nogami, a na dodatek pojawią się i fragmenty z "posiadówą" w czołgu.
Dobrze prawisz (polać mu za trzeźwy jest). Gra na pewno ma duży plus pod postacią systemu zniszczeń.
No nic, ja się już nie wypowiadam do momentu ogrania pełnej wersji. Nie ma rzeczy (gier) doskonałych.
Potem były wojny o konsole - planowanie kto kiedy gra.
Dziś zamówiłam dla siebie drugiego x0 i osobny egzemplarz Battlefield: Bad Company 2, a moja wymarzona torebka będzie musiała jeszcze troszkę poczekać
Tytuł szczerze polecam wszystkim i do zobaczenia na "polu bitwy" :)
By the way... czy mam sie spodziewac jeszcze jakis motznych und 'must have' tytulow jeszcze w tym roku, na ktore bede musial przeznaczyc swoje ciezko zarobione pieniadze?;]
Gra jest rewelacyjna pod każdym względem, szkoda, że EA nie było przygotowane na taką popularność tego tytułu. Tak czy inaczej to istny złodziej czasu
Ale to dopiero za jakiś czas, kiedy cena będzie trochę przyjemniejsza 






