Zanim przejdziemy do konkretów, krótki rys historyczny. Sam początek XX wieku. Jeszcze 20 lat temu Stany Zjednoczone były krajem spokojnym, gdzie dużą rolę odgrywało rolnictwo, a teraz oto zachłysnęły się nagle ludzkimi możliwościami, głównie umysłu - mamy okres wielkich przełomów technologicznych. Państwo dotychczas nie za bardzo zainteresowane resztą świata, z uwagi na nowe wynalazki i rozwój gospodarczy, musi szukać rynków zbytu. Rośnie w siłę. W mieszkańcach budzi się równocześnie ogromny patriotyzm oraz chęć pokazania innym narodom, co to znaczy być Amerykanami. Powstaje latające miasto Columbia, mające po całym globie sławić dumny naród plus pełnić funkcję handlową. Fruwający, radosny „jarmark” to w rzeczywistości jednak wielki okręt bojowy, broń, która w niewyjaśnionych okolicznościach wymyka się w końcu spod kontroli i rozpływa gdzieś w przestworzach. Na przestrzeni lat od czasu do czasu złowrogo przemyka nad różnymi kontynentami, wywołując panikę…
Główny bohater gry to niejaki Booker DeWitt, były pracownik Agencji Pinkertona. Firma nie była sławna z „pokojowych” metod rozwiązywania problemów, ale nasz delikwent nawet jak na ich standardy przekraczał wszelkie normy moralne. W końcu wyleciał, więc założył biuro detektywistyczne. Pewnego dnia dostajemy niby rutynowe zlecenie – musimy odnaleźć dziewczynę o imieniu Elizabeth. Problem? Od ponad dekady przebywa ona na Columbii, a miasta-widma nikt nie jest w stanie zlokalizować. Nam się to oczywiście udaje, choć najwidoczniej nie obywa się bez problemów – w prezentowanym w Kolonii fragmencie rozgrywki podnosiliśmy się z ziemi po wysokim upadku, otrzepywaliśmy, po czym obolali, wolnym krokiem kontynuowaliśmy poszukiwania. Cóż, za coś nam płacą…
Trudno to opisać, ale pomimo odmienności metropolii od podwodnego Rapture, pewne „mistyczne” analogie są dostrzegalne – to ciągle jest BioShock, za co chylę czoła przed twórcami. Coś jest charakterystycznego w tych monumentalnych gmachach, unoszących się na mini-zeppelinach? Trudno rzecz uchwycić. Pierwszy napotkany mieszkaniec nie nastraja optymistycznie, gdyż sunie bezkołową furmanką obok nas, wzbijając w powietrze gorące iskry… Potem coś wybucha i nagle wali się jedna z budowli. Bagatelizujemy to, chociaż martwy koń na środku traktu oraz gospodyni radośnie sobie sprzątająca w płonącym domu (piękny ogień) zdecydowanie budzą niepokój. Mijamy wielki posąg kobiety z amerykańską flagą na ramieniu. Za zakrętem na ławce mężczyzna karmi kruki - są ich krocie. Słychać głos, ktoś snuje patriotyczne treści. Wygląda normalnie, więc pytamy go spokojnie o drogę.
Grając teraz w jedynkę zaliczam jakieś dziwne zmuły miejscami. Gra zapowiada się nieźle. Dziewczyna ze screena normalnie mnie zahiponotyzowała 





