Było słoneczne (niczym na obrazach z gry) popołudnie, gdy dotarłem do siedziby firmy. Zostałem natychmiast przejęty przez Przemysława Mroza i Pawła Kopińskiego, którzy zaciągnęli mnie do małej salki, gdzie przez najbliższe kilkanaście minut miałem zbierać własną szczękę z wrażenia. Zaczęło się niepozornie - od krótkiego zarysowania projektu, przechadzce po menu, po czym Przemek zapuścił właściwy wyścig. Od razu z buta Chrome Engine 4 pokazał swój pazur, atakując cudnymi widokami kanionów - przy czym gra z początku zaczęła przywodzić na myśl (co jest już wspominane po wielokroć) skojarzenia z Pure i MotorStorm. Panowie nie omieszkali wytłumaczyć, że starają się zwalczać podobne nawiązania, co zrozumiałem później - ta pozycja ma swój własny styl.
Podoba Wam się zasuwanie po bezdrożach na własnoręcznie zmodyfikowanych quadach i motorach? Świetnie, a co powiecie na trasy, na których znajdziemy mamucie skocznie oraz rampy, wybijające zawodników na kilkadziesiąt metrów w powietrze? Dodajmy do tego zawrotną prędkość, mogącą sprawić, że nawet najbardziej zwinny gracz poczuje się niczym ospały szachista-anemik z niedowładem kończyn... Tak, tym w dużym skrócie jest Nail’d - źródłem autentycznego poczucia pędu, dziełem stworzonym dla maniaków złaknionych ostrej jazdy po dosyć szalonych, ale surowych szlakach. To, co sprawia, że nawet laik wyścigowy (jak ja) z marszu wciąga się w ten tytuł, to do bólu proste i intuicyjne sterowanie, opierające się po prostu na ciśnięciu gazu (połączonego z turbo) oraz opanowaniu lotów w przestworzach, jak też umiejętnego gromadzenia dopalaczy.






