Fabuła lekko trąci sztampą, ale stanowić ma też ona zaledwie pretekst do masowej rozwałki… Ludzkość jest oto na wymarciu, niedobitki naszej rasy zamieszkują opustoszałe miasto Bezoar. Trwa ciągła walka z robotami, chcącymi przejąć kontrolę nas Sanktuarium - „bazą danych”, gromadzącą miliardy zdigitalizowanych umysłów. Sztuczna Inteligencja osiągnęła szczyt zaawansowania i tutaj upatruje dalszego rozwoju. Nad porządkiem w metropolii czuwa jednostka CLN, my akurat wcielamy się w robiącego w jej szeregach majora Fletchera. Jakiekolwiek nie byłyby cele naszej bieżącej misji, u podstaw zabawy zawsze stoi jedno – żeby posłać na złomowisko tonę chodzącego, jeżdżącego czy latającego metalu, który wlewa się na daną planszę, potem zaś ruszyć dalej. Tak w kółko.
Deweloperzy otwarcie przyznają, że mieli dość realistycznego podejścia do sprawy produkcji FPP, chcąc zafundować odbiorcy coś innego, niż odmóżdżony klon Call of Duty - stąd pomysł na przyszłość i maszyny, a nie nazistów, tudzież historycznie zmienione starcia z Wojen Światowych. Co ciekawe, w grze wykorzystujemy raptem dwie giwery, za to wielofunkcyjne. Są to karabin maszynowy oraz działko energetyczne, które będziemy mogli z czasem unowocześniać i dodawać im kolejne zabójcze rozszerzenia. Nie chodzi wyłącznie przykładowo o proste zwiększenie szybkostrzelności, ale również montowanie modułów diametralnie zmieniających zastosowanie broni – od strzelby, po rakietnicę. Opcji jest sporo, a przeskakiwać między nimi wypada szybko, bowiem praktycznie non stop jesteśmy przypierani w Hard Reset do muru. Dobrze, że nigdy nie trzeba przeładowywać...
Po uruchomieniu gry w oczy rzuca się natychmiast przepiękna, chociaż nieco zbyt sterylna (z uwagi na brak mieszkańców) grafika, wyraźnie inspirowana Łowcą Androidów - wszędzie neony, hen wysoko latają pojazdy, nad miastem majaczą przepotężne stalowe konstrukcje. Dookoła pojawiają się w mnogości butle gazowe, wybuchające beczki, iskrzące urządzenia elektroniczne, nie pozostawiając złudzeń, że za moment wyleci na nas skrzypiące stado puszek, które przy akompaniamencie eksplozji i wyładowań elektrycznych poślemy z powrotem do odlewni. Sypiące się gdzieniegdzie tynki plus fruwająca dookoła kupa żelastwa są na porządku dziennym. Projekty przeciwników wypadają może nie jakoś rewolucyjnie, za to animowani są oni w piękny, ciut „zwierzęcy” sposób.






