Po kolei jednak. Przede wszystkim pokierujemy działaniami oddziału Zeta, składającego się z łysawego Michaela Barricka, kojarzonego z Gears of War Minh Young Kima, Taia Kaliso z „dwójki” oraz zaprawionej w bojach Alicii Valera (potem zastąpi ją młodziutki Jace Stratton), mających za zadanie pomóc przy ewakuacji miasta Ilma – tego samego, po którego zgliszczach biegaliśmy w kontynuacji. Szarańcza chce z miejscowych niedobitków zrobić mielone, przesłaniając stopniowo niebo przed słońcem pod nadciągające stada śmiercionośnych latających krylli, więc czasu nie zostało dużo. Do tego na polu walki ląduje sam generał RAAM, depcząc nam po piętach. Naturalnie bez licznych komplikacji się nie obędzie, zaś na końcu zmierzymy się z głównym złym, chociaż uśmiercić nam go nie będzie dane – zaburzylibyśmy w końcu kontinuum czasoprzestrzenne...
Nawet nie wiedziałem, że tak bardzo tęskniłem do dawnego wysadzania nor przeciwników, zanim wypełzną spod ziemi – cały ten prolog „zalatuje” na każdym kroku rozwiązaniami z udanego debiutu marki z 2006 roku. Inna sprawa, iż w mniej pozytywnym stopniu zaskakuje też przy tym technologicznie. Mamy masę pustej przestrzeni, powtarzające się wizualnie korytarze, przeciwników stojących wręcz w miejscu i czekających na łaskawą likwidację. Posypią się budynki, wyleci na gracza niemałe stado pomniejszych wrogów, bo twórcy nie dadzą zapomnieć, do czego technologia Unreal Engine 3 jest zdolna, niemniej to zdecydowanie nie zaspokaja apetytu. Etapy z RAAMem, który dysponuje trzema atakami na krzyż, przechodzimy bez emocji. Wybić wszystkich kryllami na odległość, z bliska nadziać na wielgaśne ostrze, wywalić mur, powtórzyć. Jako jego potężni „zwykli” pomocnicy w co-opie, kumple po sieci mają chyba miejscami po prostu większą radochę.






