Metal Gear Solid: Peace Walker
Muszę pomarudzić na Chodzącego w Pokoju, a to ze względu na masę niedoróbek. Zacznijmy od tego, co powinno być najmocniejszą stroną gry – fabuły. Oczekiwałem, że w najgorszym wypadku znajdziemy tu trochę nawiązań do ostatniego Portable Ops, licząc jednak, iż każdy będzie w stanie bez obaw rozkoszować się historią. Otóż nie. Kojima postanowił skupić się na zagorzałych fanach, oddając nam scenariusz udający bezczelną kontynuację Snake Eatera. Kto nie ma w swoim dorobku odfajkowanego Pożeracza Pytonów, tego czeka większa ilość „?” oraz „!”, niż są mu to w stanie zaoferować zamuleni przeciwnicy. Ogólny zarys historii jest taki – założona przez Big Bossa organizacja, zrzeszająca najemników z całego świata, dostaje zlecenie od kalekiego profesora i jego pokrzywdzonej przez los podopiecznej, aby wypędzili z terenów Kostaryki stacjonujące tam jednostki CIA. Uwierzcie mi na słowo, że tyle szczegółów Wam wystarczy, gdyż wraz z postępem akcji wszystko zaczyna zahaczać o równie nienormalne motywy, co przenoszenie osobowości w odrąbanych kończynach...
Dialogi ponownie atakują nadmiernym patetyzmem, niepotrzebnymi dłużyznami i co gorsza - drażnią jakimś takim wszechobecnym zmęczeniem tematu. Nie wiem, czy część winy mam zwalić na to, że za dużo czasu spędziłem z tą serią? W przeciwieństwie do pozostałych odsłon, zastana tu opowieść prawie w ogóle mnie nie porwała, a stąd skupiłem się na zupełnie innych aspektach zabawy. Jeśli miałbym ostatecznie wskazać winowajcę takiego stanu rzeczy to byłby nim brak barwnych bohaterów i bossów. Odnośnie tych ostatnich – zamienienie ich na garść opancerzonych wehikułów oraz marną garstkę pralko-suszarek napędzanych skryptami (bo do „sztucznej inteligencji” to tym złomom AGD daleko) już samo w sobie jest dowodem na wypranie się twórców z nowatorskich pomysłów. Gdzie podziały się rodzynki pokroju Psycho Mantisa, Cyborg Ninjasa czy The End? Lekko przemodelowany statek Enterprise ze Star Trek ciężko nazwać wyżynami ludzkiej kreatywności...
Nie jestem w stanie do końca pojąć, czemu imć Hideo zdecydował się przy okazji Peace Walkera porzucić opcje sterowania zaimplementowane w Portable Ops na rzecz trzech schematów. O ile z jednym z nich da się jako tako żyć, tak pozostałe musiały być chyba projektowane z myślą o osobach z wyhodowanymi dodatkowymi parami kciuków i kolejną ręką wychodzącą z mostka... Najbardziej odczuwalny jest brak możliwości ustawienia własnych kombinacji przycisków, ale po dłuższej zaprawie będziecie śmigać po planszach pewnie nawet całkiem sprawnie. Mówiąc jednak o właściwej rozgrywce nie sposób zrobić tego bez podziału tematu na części – zasadnicze misje oraz „em-gie-esową” wariację na temat krzyżówki Pokémonów i SimCity.
'Kto nie ma w swoim dorobku odfajkowanego Pożeracza Pytonów, tego czeka większa ilość „?” oraz „!”,'
Kto powiedział, że fabuła jest całkowicie nowym odcinkiem w serii? Raczej nikt nie lapie sie mgsa bez przejscia jedynki, dwojki, albo chociazby 3 zeby na psp pograc... to nie są gry na dwa dni po jednym odcinku...
Jestem ciekaw kto będzie kolejnym bohaterem po MGS:Rising







Prawda, ale to już jest robienie gry pod fanów, a nie normalnych graczy. Dobrze by było, gdyby Hideo trzymał się serii, którą zrobił na PSP (Portable Ops), dając tym samym szansę na zapoznanie się z fabułą. Ja uważam, że zmuszanie ludzi do sięgania jedną generację wstecz (PS2), aby w ogóle móc ogarnąć tę odsłonę, to troszkę przesada (dla tego też MGS4 jest trawiony przez tak wąskie grono graczy).