SoulCalibur V
SoulCalibur V to jak najbardziej w dalszym ciągu produkcja „techniczna”, ale z myślą o „świeżej krwi” zmieniono miejscami podejście do zabawy. Szybko każdemu w oko wpadnie ognisty pasek pod stanem życia wojownika, ładowany stopniowo w trakcie walki, umożliwiający chociażby odpalenie za pomocą wykręcenia odpowiedniej, prostej kombinacji efektownego kombosa – postacie skaczą wtedy, krzyczą, ciachają na potęgę, a towarzyszy temu jeszcze feeria kolorowych rozbłysków. Potężne ciosy da się skontrować w odpowiednim momencie wciskając zwykły blok, a tym samym obecny od lat system Guard Impact stracił na znaczeniu. Rozgrywka zyskała wyraźnie na dynamice i ogólnie faktycznie powinna spodobać się szerszemu gronu odbiorców. Gorzej, że pokpiono sprawę, jeżeli o tryby dla samotników chodzi - idzie się ciut znudzić.
Od razu po uruchomieniu gry zostajemy zachęceni do odpalenia opcji fabularnej, gdzie podążając śladami rodzeństwa Patroklosa oraz Pyrrhy – dzieci znanej z poprzednich części gry Sophitii, dążymy do wypełnienia swojego przeznaczenia jako władcy ostrzy Soul Edge oraz SoulCalibur. Rażą wykorzystanie w historii tylko kilku wojowników na krzyż z plejady normalnie dostępnych, ogólna infantylność wątku (chociaż jeden zwrot akcji zaskakuje), w większości od niechcenia wyrysowane i przeciętnie udźwiękowione scenki przerywnikowe plus długość zabawy. W trybie Arcade dobierzemy sobie już dowolnego zawodnika, lecz zapomnijcie o jakimkolwiek wstępie czy umotywowaniu jego działań. Nie przygotowano tła dla nikogo, więc bezdusznie tylko klepiemy facjaty. Większym zainteresowaniem obdarzyć należy odblokowujące się po przebyciu kampanii Legendary Souls, gdzie gracz mierzymy się z naprawdę niezłą, acz wciąż popełniającą błędy sztuczną inteligencją, no i są jeszcze szybkie starcia z losowo generowanymi przeciwnikami o różnym stopniu zaawansowania. Tu cieszy ich różnorodność, także wizualna.







