Ratchet & Clank: 4 za Jednego
Nowe dzieło Insomniac Games przynosi na myśl staroszkolne bijatyki z salonów gier, aczkolwiek to przede wszystkim rzecz jasna platformówka. Ekipa składająca się z tytułowych herosów, Kapitana Qwarka oraz Doktora Nefariousa, dumnie prze przed siebie, żeby uratować galaktykę przed kolejnym olbrzymim zagrożeniem. Fabuła do najbardziej dorosłych nie należy, lecz świetnie motywuje do odkrywania kolejnych lokacji (w tym sekretnych laboratoriów), a znajdzie się nawet miejsce na niespodziewane zwroty akcji. Od razu trzeba pochwalić wyjątkową lokalizację produktu – głosy postaci podłożono bardzo dobrze, samo tłumaczenie również przeprowadzono nad wyraz profesjonalnie. Tylko rzucane od niechcenia „jednolinijkowe” poszczególnych protagonistów drażnią, bo przełożone zbyt dosłownie wypadają zwyczajnie raczej drętwo oraz nienaturalnie.
Decydując się nie rozegranie kampanii w pojedynkę, należy nastawić się na o dziwo niespodziewanie długie przeżycie. By Ratchetowi nie było smutno, towarzyszy mu konsolowo sterowany Clank, ale bieganie w parze podyktowane jest także innym powodem – przynajmniej dwie osoby potrzebne są nagminnie, aby przejść dalej. Będziemy zasysali kompana bronią i przerzucali go ponad rozpadlinami, wspólnie operowali przygotowanymi przez twórców mechanizmami, osłaniali się przed laserami wroga, tudzież po prostu jednocześnie wypalali do nieprzyjaciół. Grupowa koncentracja ognia na danym przeciwniku powoduje przyśpieszenie serii, a potem wielkie bum, efektami różniące się w zależności od aktualnie dzierżonych przez duo giwer. Napędzany sztuczną inteligencją robocik radzi sobie z reguły całkiem nieźle, acz zdarzają się też sytuacje, kiedy zamiast działać – przykładowo uderzyć w przycisk, ucina on sobie drzemkę w miejscu. Warto o niego niemniej dbać. Jeśli zginiemy, lecz blaszak pozostał na polu bitwy, za moment się odrodzimy. W przeciwnym wypadku czeka nas powtórka.
Osobny akapit należy się dostępnemu w grze wyposażeniu. Za śrubki wylatujące z wrogów oraz przy roznoszeniu w drobny mak różnych elementów na planszach, kupujemy stopniowo kolejne zabawki, a jeszcze dodatkowo jest opcja potrójnego ulepszenia każdej. Mamy między innymi wymyślną rakietnicę, granatnik, giwery rażące prądem i ogniem, zamrażacz, odwracacze uwagi – sporo się rzeczy uzbiera, zaś doliczyć wypada też elementy arsenału znajdywane gdzieniegdzie, wymagane fabularnie. Niestety baty należą się deweloperom za absolutnie nieprzemyślane obłożenie tego na padzie – wybór broni pod prawą gałką, z musem przełączania się między kolejnymi stronami dostępnych zasobów, jest uciążliwy. Wynagradzają to jednak z nawiązką wszystko podręcznym wrogoumilaczem – tęczowym promieniem zmienia on przeciwników w świnki (domyślnie), by po dopakowaniu na maksa dać nam armię ziejących ogniem, walczących u naszego boku dzików.






