Enslaved: Odyssey to the West
Czerpanie inspiracji ze wszelkiej maści wiekowych tekstów stanowi dobry sposób na walkę z niedowładem twórczym, tak więc i ojcowie Heavenly Sword sięgnęli do przepastnych pokładów zamierzchłych dzieł. Enslaved: Odyssey to the West jest bardzo luźną adaptacją szesnastowiecznej chińskiej Wędrówki na Zachód, ale tak naprawdę poza kilkoma postaciami oraz ewentualnymi motywami ciężko mówić o wiernym odwzorowaniu jej oryginalnego przebiegu. Wcielamy się w rolę Monkey’a – swego rodzaju futurystycznego Tarzana, żyjącego w oddalonej o 150 lat przyszłości, gdzie resztki ludzkości starają się przetrwać w zdewastowanej przez wojnę rzeczywistości, z grasującymi luzem maszynami, opętanymi rządzą mordu. Nasza przygoda zaczyna się w dosyć niefortunnych okolicznościach, kiedy to bohater budzi się zamknięty w ciasnej kapsule, ulokowanej na gigantycznych rozmiarów statku handlarzy niewolnikami. Na szczęście niezbadana wola scenarzysty i magiczna otoczka bycia głównym protagonistą sprawiają, że udaje nam się opuścić klaustrofobiczną celę, a wszystko dzięki rezolutnej Trip, która również miała jakoś okazję załapać się na malowniczy rejs w nieznane.
Półnagi mięśniak pokryty tatuażami, które prawdopodobnie były wykonane przez ślepego na jedno oko rzeźnika, raczej rzadko kiedy potrafi z miejsca wzbudzić zaufanie nowo poznanej, drobnej dziewczyny. Pierwsze spotkanie Monkey’a z Trip jest niczym więcej, jak szaleńczym wyścigiem do szalupy ratunkowej, stającej się jedyną alternatywą dla rozlatującego w powietrzu transportowca. Niestety los chciał, że to czerwonowłosa hakerka pierwsza dociera do ostatniego z pojazdów, zmuszając nas do rozpaczliwej jazdy „na gapę”, niczym rzep przyczepiony do dużych rozmiarów piłki tenisowej. Przebudzenie się po tak kaskaderskim wyczynie powinno być dostatecznym powodem do radości. Ale dochodzimy do siebie ze świadomością, że gdy leżeliśmy nieprzytomni to nasza niedoszła morderczyni zamontowała nam na głowie opaskę kontrolującą wolę i życie - co już trochę psuje uciechę z zachowanego zdrowia. Zostajemy siłą przymuszeni do odeskortowania bezbronnej wobec krwiożerczych mechów Trip, nie pragnącej niczego innego, jak dotrzeć w jednym kawałku do swojego domu, gdzie według obietnicy z powrotem zwróci małpiatemu wolność. Nie ma to jak zły początek wspaniałej przyjaźni...
Pozycji, w których główne skrzypce szarpały mniej lub bardziej zgrane duety mieliśmy już trochę, z tym że dawno nie widziałem dzieła, gdzie tak jak w Enslaved byłaby po mistrzowsku pokazana przemiana zachodząca w relacjach pomiędzy dwójką bohaterów. Wiele osób zapewne sięgając po ten tytuł uczyni to z nadzieją, iż otrzymają wybitną zabawę, a także nietuzinkowe rozwiązania - z miejsca mogę zapewnić, że produkt Ninja Theory pod tym względem nikogo nie zaskoczy, ani tym bardziej nie zwali z nóg. Jednakże z drugiej strony zagwarantuje on prawdziwą ucztę w temacie kunsztu aktorskiego oraz zdolności programistów do nadania postaciom niepowtarzalnej wręcz wiarygodności. Może to trochę za mało, aby uczynić z gry hit sezonu, lecz nie zmienia to faktu, że podobnego efektu idzie z trudem szukać w konkurencyjnych, rozchodzących się w milionach egzemplarzy superprodukcjach. Choć tak naprawdę to trudno się dziwić, że ten element wyszedł tak, nie zaś inaczej, skoro odpowiedzialna za niego ekipa dostarczyła nam wcześniej równie fenomenalne pod tym kątem Heavenly Sword, prawda?
No jeśli chodzi o wciąganie przez fabułę, to jest tak jak opisałem - czarna dziura porywająca bez dwóch zdań. Ale mimo wszystko tej całej rozgrywce brakuje konkretnej werwy i jakiegoś pomysłu. Wszystko to już było i na nieszczęście Ninja Theory - w znacznie ciekawszym wykonaniu.
czarny koń 2010 jak dla mnie!
jedyny minus to poziom trudności i czas rozgrywki.
Wbijaj do oGw http://forum.gamikaze.pl/viewtopic.php?f...Nie mogę się zgodzić, z tym, że mechanika jest na tyle kulawa żeby się nudziła (ogólny sens wypowiedzi).
MiHu to jest przecież tytuł na jeden weekend. Według mnie ta prostota wspinaczki to plus dla gry i chwila na odpoczynek po klepaniu blacharzy:-) Za to walka i te tzw. czasówki na hardzie, były dla mnie szczerze mówiąc dosyć trudne.
Najlepsze albo najgorsze jest to, że po skończeniu Enslaved nie mogłem znaleźć sobie miejsca, a tym bardziej jakiejś innej gry, która wciągnęła by mnie w podobny sposób.
Pozdrawiam .
ps. MiHu dziś też będę ciebie zabijał:-)






