Ace Combat: Assault Horizon
Działamy na mapie rzeczywistego świata, a domyślnie walczymy z terrorystami, którzy uzyskali dostęp do potężnej technologii – bomb Trinity. Wcielamy się głównie w pilota wojskowego Williama Bishopa, ale zaliczymy i kilka przeskoków do ciał jego bliskich współpracowników, operujących odmiennymi maszynami bojowymi. Wątek fabularny pozytywnie zalatuje Top Gunem, dialogi rozpisano porządnie, pojawiają się przewidywalne, acz niemniej satysfakcjonujące zwroty akcji. Sporo uwagi poświęcono „wczujce” gracza – niejednokrotnie scenki przerywnikowe ukazane są z oczu postaci, którą w ograniczonym stopni da się sterować, co pogłębiane jest dodatkowo przez szybkie wstawki QTE, zwracające zazwyczaj dodatkowo naszą uwagę na jakiś istotny szczegół.
Teoretycznie latanie oraz strzelanie do wrogów powinno szybko znudzić, jednak deweloperzy zatroszczyli się o konkretną różnorodność działań. Raz, że atakujemy tak cele powietrzne, jak też naziemne, zaś dwa – co jakiś czas zmieniamy zupełnie „pozycję” bojową, chwytając za stery potężnego śmigłowca, wskakując za działko stacjonarne na jego pokładzie, czy operując maszynerią wielkiego bombowca, by za moment powrócić do cięcia przestworzy skrzydłami któregoś z samolotów z pokaźnego zestawu dostępnych. Sporo jest co prawda poskryptowanych momentów, więc w przypadku śmierci zazwyczaj wiemy, czego powinniśmy wypatrywać i skąd przyjdzie „niespodziewany” atak, lecz nie wpływa to absolutnie na sporą frajdę czerpaną z wypełniania celów poszczególnych misji. Szczególnie, że przedstawione zostały one z iście filmową fantazją.
Jesteśmy zachęcani do bliskiej konfrontacji. Przy dogonieniu wroga możemy przełączyć się w tryb pościgu. Siedząc automatycznie nieprzyjacielowi na ogonie musimy zadbać wtedy jedynie o to, by nie czmychnął z naszego pola widzenia - jeśli akcja dzieje się akurat bezpośrednio nad jakimś miastem, cudne wrażenia wynikające z efektownych przelotów pomiędzy budynkami czy pod walącymi się konstrukcjami gwarantowane. Tak, mamy do czynienia z produkcją raczej typu arcade, aniżeli symulatorem, aczkolwiek to nie znaczy, że po macoszemu potraktowano model lotu – jest sycący. By nie nużyć gracza mozolnym podchodzeniem do lądowania, tudzież bombardowania, również da się przy osiągnięciu wskazanego miejsca w przestworzach załączyć automatykę. Nie ma zbytnich przestojów. Non stop do żył pompowana jest adrenalina, dodatkowo zagęszczana świetną ścieżką dźwiękową.






