Valkyrie Profile 2: Silmeria
Co mnie tak urzekło w tym tytule? Przypuszczam, że sposób patrzenia małych, skośnych oczu japońskich developerów na historię czysto europejską. Kiedy słyszę te wszystkie dziwne legendy o Odynie, Asgardzie, drzewie życia i Ragnaroku – wojnie wojen, jakoś nie mam przekonania, że jest to materiał na sensowny scenariusz. A jednak. tri-Ace nordycką mitologię zinterpretowało po prostu wyśmienicie, do tego umoczyło ją w sosie własnej produkcji, tworząc potrawę iście królewską. Fabuła, w stosunku do tej z pierwszej odsłony serii, jest bardzo dobra i potrafi z łatwością porwać gracza. Mimo że nie zawiera wielu wątków pobocznych i w założeniu jest dość prosta, to jako prequel oryginału, śledzi się ją z zaciekawieniem i przejęciem. Szczególną zaletą historii zawartej w VP2 jest główna bohaterka, a właściwie dwie główne bohaterki, które dzielą razem jeden korpus.
Młoda księżniczka Dipanu, Alicia, miała tego pecha, że dusza zbuntowanej Walkirii o imieniu Silmeria wybrała sobie właśnie jej ciało do zamieszkania. Przez większość czasu siedzi w nim cichutko, jednak czasami zdarza się jej przemówić. Zdecydowany i nie akceptujący sprzeciwu ton córki Odyna nieco kontrastuje z nieśmiałością oraz dobrotliwością Alicii, toteż dziewczyna jest wytykana palcami i postrzegana jako zwykła wariatka. Odrzucona nawet przez własnego ojca postanawia pomóc swojej – nazwijmy to – współlokatorce w ucieczce przed Odynem (który nagle zażyczył sobie jej powrotu do Asgardu) i przy okazji zapobiegnięciu wojnie między ludźmi a bogami.
Klimat tej opowieści podtrzymywany jest przez wykonany z niezwykłym wyczuciem oraz pietyzmem świat, przez który wędruje bohaterka (bohaterki?) wraz ze swoją drużyną. Średniowieczne, przepełnione szczegółami miasteczka, które wyglądają jak żywcem wyjęte z podręcznika do historii, mają tak ogromny „wydech”, że aż nie chce się ich opuszczać. Ja mógłbym cały czas je sobie zwiedzać, obserwować codzienne życie mieszkańców, przechadzać się ciasnymi, brukowanymi uliczkami, chłonąć niesamowitą aurę, która unosi się wokół tych miejsc. Obrazu dopełnia bez przerwy towarzysząca graczowi świadomość, że nad całością czuwają potężni, pradawni bogowie, z których gniewem ludzkość już niedługo się zetrze. Zapewniam, że w mało której grze ma się poczucie spełnienia misji tak wielkiej wagi. Jasne, niby nadal wszystko sprowadza się do ratowania świata, lecz nie przed jakimś szalonym naukowcem, czy dużym, złym mutantem, a przed ostatecznym pojedynkiem z boską armią.






