Project Origin
W grze wcielimy się w postać jednego z żołnierzy drużyny Delta, wysłanej oto w celu aresztowania dyrektorki Armacham, czyli firmy, która jest sprawcą całej niezbyt sympatycznej sytuacji. Głównego bohatera poznajemy, kiedy leży na stole chirurgicznym, zaś lekarze desperacko walczą o jego życie. Nagle wszystko znika, byśmy po chwili mogli zacząć spoglądać na świat oczami naszej postaci. Wstajemy ze stołu, rozglądamy się po pokoju, podnosimy niedaleko leżący pistolet i ruszamy niepewnie przed siebie, na wycieczkę po zniszczonym szpitalu, który wygląda teraz jak pole bitwy. Wszędzie walają się rozwalone meble, a plamy krwi na podłodze oraz na ścianach nie świadczą o pokojowych zamiarach walczących ze sobą stron. Kimkolwiek są.
Project Origin ma (naturalnie) być grą straszną, jednak nie do końca w tym sensie, w jakim opisywano danym przymiotnikiem część pierwszą. Jednym z podstawowych minusów F.E.A.R. jest fakt, że de facto „mocne” momenty były tak powtarzalne, iż w końcu stawały się rutyną. Sequel ma ten błąd naprawić, wykorzystując wszelkie sztuczki ku temu, aby gracz nawet za dnia i przy otwartym oknie za którym śpiewają ptaszki oraz bawią się dzieciaki sąsiada mimo wszystko czuł dreszczyk niepokojących emocji. Klimat zagrożenia ma być w grze wszechobecny i polegać na czymś więcej niż jedynie wyskakujących zza rogów maszkarach, które z miejsca rozprujemy jedną serią z karabinu maszynowego.
Bo przeciwnicy zostaną teraz choćby obdarzeni zabójczą szybkością. Pomimo tego, że taki klasyczny zombie wygląda tu troszkę jak zmulony Gollum, to porusza się tak błyskawicznie, iż szkoda cennych nabojów władowanych w ścianę. O wiele bardziej opłaca się użyć naszej broni wręcz i sprezentować stworowi ładny cios na czaszkę, który to sprowadzi go do parteru.
Twórcy zakładają, że gracz powinien znajdować się akcji najbliżej, jak tylko możliwe. Ponownie, podobnie jak w części pierwszej, musimy więc spodziewać się dużej ilości walk w ciasnych pomieszczeniach. Cóż, ta akurat cecha uznawana była jednocześnie za plus i minus F.E.A.R., bo choć niewątpliwie efektowne, tak ciągłe starcia w budynkach po prostu zaczynały powoli nudzić. Project Origin natomiast pozwoli nam również na wyjście na zewnątrz i eksplorację zniszczonego miasta. Nie ma się pewnie co spodziewać pięknych ulic oraz wielkich placów pełnych ludzi - zamiast tego otrzymamy coś utrzymanego w klimacie paranormalnego horroru, czyli opuszczone deptaki, a także, jestem tego pewien, tajemniczy plac zabaw z kiwającymi się na wietrze huśtawkami…
Procesor: 2,8GHz Intel Pentium 4 lub odpowiednik
Pamięć: 1 GB RAM
Dysk: brak danych
Napęd DVD: brak danych
Karta dźwiękowa: zgodna z DirectX 9.0
Karta graficzna: minimum 256 MB, zgodna z pixel shader 2.0
DirectX: 9.0c







