Wings of Prey: Skrzydła Chwały
To nie pierwsza produkcja studia ostatnimi czasy poświęcona tematom „powietrznym” - ma ono na koncie udaną symulację IL-2 Sturmovik: Birds of Prey, która ukazała się na PlayStation 3 oraz Xboksie 360. Co ciekawe, komputerowe Wings of Prey bazuje na swoim konsolowym „kuzynie”, wnosząc jednak kilka drobnych nowości, sprawiających, że nie może być tu mowy o bezmyślnej kalce. Zaznaczę także od razu, iż nie jest to tylko i wyłącznie symulator lotniczy dla prawdziwych twardzieli, posiadających "wypasiony" joystick za kilka tysięcy złotych w domu. Produkt zapewnia trzy stopnie trudności zabawy – zręcznościowy, realistyczny oraz symulację, jeśli zatem ktoś chciał sobie po prostu polatać i postrzelać, nie myśląc za bardzo o tych wszystkich prawach fizyki, to nie ma z tym żadnego problemu. Przy trudniejszych dwóch poziomach sprawa nieco się komplikuje - ale o tym ciut później.
W kampanii dla samotnego gracza brak linii fabularnej. W miejsce tego mamy do czynienia z luźnym zestawem misji na różnych frontach II Wojny Światowej. Do wyboru są pojedyncze walki z Arden, Bitwy o Anglię, Inwazji na Sycylię, zmagań stalingradzkich czy marszu ku Berlinowi. Każdy z tych scenariuszy posiada utrzymany w klimacie filmik wprowadzający, zmontowany z różnych kronik z epoki. Cele przed nami stawiane są dość standardowe – poleć, eskortuj, zniszcz, wróć. Wraz z postępami odblokowujemy kolejne wpisy w encyklopedii, zawierającej ciekawe artykuliki na temat podstawowych terminów lotniczych. Do ogrania są również pojedyncze mapy plus samouczki - od których najlepiej zacząć swoją przygodę, bo inaczej bardzo szybko zaliczać będziemy przysłowiową "glebę". Gra prowadzi nas niejako za rękę przez sam początek. Sensownie zrealizowane sterowanie jest dość łatwe do opanowania, chociaż chwilami można się złapać na myśleniu o potrzebie trzeciej ręki. Ale nie tragizujmy - do ogarnięcia mamy raptem kilka klawiszy, a do tego ewentualne operowanie myszą. Czas reakcji samolotu zależy oczywiście od modelu, jak i warunków panujących na zewnątrz kokpitu.
Inaczej się sprawa przedstawia w przypadku trybów realistycznych oraz symulatora. Tu gra potrafi być naprawdę bezlitosna. Steruje się o wiele ciężej, trzeba pilnować się podczas wykonywania co bardziej skomplikowanych manewrów, na przykład beczek, by nie wpaść w korkociąg. Zaś jak już wpadniemy w wir to tak kombinować, żeby z niego wyjść w jednym kawałku... Wymagana jest zarówno cierpliwość, jak i wyczucie. W rozgrywce zręcznościowej mamy do wyboru kilka rodzajów kamery, nie musimy sobie zawracać głowy o poziom paliwa czy ilość amunicji, a bomby i torpedy odnawiają się w magiczny sposób same. W tych ambitniejszych poziomach trudności jest po prostu trudniej – brak tam poprawki nanoszonej przez komputer przy strzelaniu, debiutuje licznik benzyny. Jakby tego było mało, dochodzi tona innych czynników natury fizycznej do uwzględnienia. W przypadku części symulacyjnej, w ogóle już nie mamy wyboru, co do kamery – oferuje on tylko widok z kokpitu (bardzo wiernie odwzorowanego swoją drogą). Reasumując - Gaijin zadbało i o nieopierzonych lotników, nie wiedzących od czego zacząć, nie zapominając przy okazji o weteranach, wieszających sobie nad łóżkiem dyplomy z okazji ukończenia każdego dostępnego symulatora na rynku.








Tylko powiem: hahahahahahahahahahahaha