Vancouver 2010
Vancouver 2010: The Official Videogame of the Winter Olympic Games (gdyż taka jest pełna nazwa), nie zapewni nam zabawy w trybie fabularnym, kariery, a opcja rozgrywki Olympic Games to jakiś żart. Wszelkie podobne tytuły przyzwyczaiły nas do chociaż symbolicznego otwarcia i zamknięcia igrzysk, lecz w przypadku tego produktu nie ma mowy o nawet najmniejszej wzmiance, czy tam animacji rozpoczynającej olimpiadę. Tak więc mamy już o ten element pobudzający wolę walki i rywalizacji mniej... Tryb zawodów olimpijskich powinien raczej nazywać się pojedynczym wyzwaniem, bo po wybraniu jednej lub większej ilości konkurencji rozpoczynamy zmagania, które nie są nawet skwitowane porządnymi tabelami, nie mówiąc już o podziale rozgrywek na jakiekolwiek etapy. Dla przykładu weźmy slalom - zjedziemy raz, potem na ekranie pojawi się tabela z czterema wynikami oraz naszą pozycją. I na tym kończą się zawody w danej konkurencji. Ewentualnie w pewnych dyscyplinach mamy jeszcze drugie podejście.
Gra jest produktem oficjalnym, tylko moje pytanie brzmi gdzie niby ta licencja jest? Albo inaczej - co z licencją zrobili twórcy i SEGA, czyli wydawca tytuł? Prawa zostały wykorzystane jedynie te do logosa igrzysk w Vancouver oraz flagi olimpijskiej, które można gdzieś zlokalizować podczas gry, tudzież na pudełku. O prawdziwych nazwiskach zawodników należy pomarzyć - tutaj inni sportowcy nazywają się CPU ze skrótem kraju, który reprezentują np. CPU SLO, CPU AUT, CPU CZE itd. To jeszcze da się znieść - gorzej, że tych przeciwników mamy "aż" trzech. Do tego są bardzo przewidywalni. Oto jeden to totalny słabeusz, który zawsze z nami przegra, drugi porywalizuje z nami, jednak zazwyczaj nie ma większych szans, aby być lepszym, a żeby wygrać z trzecim będziemy musieli się lekko wysilić. Na całe szczęście tym razem pracownicy studia Eurocom wiedzieli już, jaki hymn ma Polska i zaoszczędzili nam wysłuchiwania czegoś, co nawet nie stara się przypominać Mazurka Dąbrowskiego (Beijing 2008 się kłania).






