Torchlight
Miłośników wzmiankowanej we wstępie, określonego typu estetyki mimo upływu lat nie ubywa. Na chwilę obecną większość z nich zapewne wypatruje Diablo III, o premierze którego raczej niewiele wiadomo - sami twórcy tradycyjnie mówią, że „gra ukaże się, gdy zostanie ukończona”. Czekamy, a tymczasem zupełnie niespodziewanie i niepostrzeżenie, bez wielkiego rozgłosu oraz kampanii reklamowej o kosztach liczonych w milionach dolarów, na rynku pojawiła się pewna produkcja utrzymana w bardzo podobnym tonie. Co ciekawe, powstała ona w studiu Runic Games, złożonym z byłych pracowników Blizzard, w dużej mierze odpowiedzialnych za stworzenie zarówno pierwszej, jak i drugiej części legendarnego diabelskiego "hack'n'slasha". Torchlight już na pierwszy rzut oka prezentuje się bardzo znajomo, jednak - co trzeba bardzo wyraźnie zaznaczyć - nie jest jakąś trzecioligową kalką kultowego RPG akcji. To pełnowartościowy produkt potrafiący zapewnić długie godziny niczym nieskrępowanej zabawy.
Wcielamy się w wędrowca, który dociera do górniczej osady o dźwięcznej nazwie Torchlight. Miasteczko zostało założone w pobliżu bogatych złóż bardzo rzadkiego minerału, stanowiącego esencję wszelkiej magii - Emberu. Nie trzeba chyba mówić, że stanowi on nie lada atrakcję dla wszelkich poszukiwaczy przygód. Licznie odwiedzają oni tytułową mieścinę, oczywiście aby zejść do kopalni i odkryć sekrety tajemniczej rudy. My wkrótce po wkroczeniu do podziemi dowiadujemy się, iż Ember ma negatywny wpływ na środowisko, a nawet doprowadził do upadku kilku cywilizacji. Sterowany przez nas dzielny wojownik (lub wojowniczka) postanawia zatem wyruszyć w głąb opuszczonych szybów, labiryntów i korytarzy, żeby ostatecznie odkryć źródło spaczenia, jakie sprowadza na ludzi magiczny surowiec. Zachwyceni? Cóż, niestety historia ta nie jest ani mocno finezyjna, ani odkrywcza. Spójrzmy prawdzie w oczy – nie jest ona nawet jakoś mocno istotna. Stanowi pretekst do schodzenia na coraz to niższe poziomy oraz mordowania kolejnych rzesz przeciwników, które się same pchają w zasięg naszego oręża. A nic tak przecież nie raduje, jak wycinanie w pień kolejnych hord potworów.







Zgadzam się całkowicie. Po zejściu 20 poziomów w dół i zdobycia czaru którym rozwala się wszystko gra wiele traci z grywalności. Na dodatek trudność rozgrywki na poziomie Normal jest taka że na ok 12 godzin łupania potworów udało mi się zginąć może 5 razy i to zwykle jak czytałem sms albo coś takiego. Polecam jako przerywnik między lepszymi fabularnie grami.