Painkiller: Resurrection
Warstwa fabularna najnowszego Painkillera jest rozbudowana podobnie, jak w poprzednich odsłonach tytułu - słabo. Chociaż twórcy postawili na "nowatorski" koncept scenariusza. Oto William "Dziki Bill" Sherman otrzymuje rutynowe zadanie zlikwidowania barona narkotykowego. Od samego początku przeczuwa, że coś pójdzie nie tak. I faktycznie - podczas misji, nasz super tajny agent podkłada bombę pod samochód gangstera, ta jednak eksploduje w pobliżu autobusu pełnego niewinnych ludzi. Sherman budzi się w czyśćcu i jedyne, co pamięta, to koszmarne i zrozpaczone twarze postronnych osób, które zabił. Przychodzi czas, aby odkupił swoje grzechy, lecz zostaje wciągnięty w walkę między piekłem, a niebem. Od teraz przy pomocy przedziwnego arsenału przyjdzie mu likwidować kolejne hordy rozwścieczonych przeciwników. A po drodze nachodzić będą go myśli jak uratować swoją duszę oraz tych, którzy przez niego zginęli.
Ubierając to wszystko w trochę konkretniejsze stwierdzenia - oto po raz kolejny dostajemy w ręce zestaw broni i lecimy przed siebie pacyfikując natrętne mięso armatnie. W pierwszej części gry autorstwa People Can Fly ten schemat sprawdził się nad zwyczaj dobrze, niemniej im częściej odgrzewamy tego samego kotleta, tym gorzej on smakuje... Resurrection to pozycja sztywna, monotonna, a do tego przepełniona niewybaczalnymi błędami. Już od samego początku nie jest za ciekawie - po rozpoczęciu gry w trybie jednoosobowym, zostaje nam przybliżona historia, która doprowadziła naszego bohatera do bram czyśćca, zaprezentowana w formie komiksu na kształt tego znanego z serii Max Payne. Tylko że to nieudolna kopia genialnego pomysłu Remedy. Przerywniki powinny wciągać, a te tutaj zwyczajnie zniechęcają do dalszej zabawy.
Skoro to FPS, to należałoby oddać w nasze ręce sporo interesujących pukawek, prawda? Ot, żeby odpowiednio dobierać je do wyskakujących nam zewsząd przeciwników. Tymczasem w trzeciej odsłonie "sagi" dostajemy (uwaga, uwaga!) aż dwie średnio ciekawe, nowe bronie. Całą resztę po prostu żywcem przekopiowano z poprzednich części. Podstawowym orężem jest naturalnie tytułowy Painkiller, czyli coś w rodzaju obrotowych szponów, którymi możemy dodatkowo strzelać. Świeży zestaw przeciwników? Tak, może całe 6 modeli. Grę robi nowe studio, deklarujące wprowadzenie mnóstwa usprawnień, a na dobrą sprawę dostajemy coś w rodzaju modnego ostatnio DLC. Do tego do produkcji, która ukazała się na rynku ponad pięć lat temu.
Lepiej kupić dead space
W wywiadzie z twórcami wyczytałem, że chcieli właśnie stworzyć grę w starym stylu :D
I tak mi się teraz przypomniało - w niektórych rankingach, to Painkiller zdobywał tytuł "FPS roku" zrzucając z tronu nawet Doom 3. Wszystko zależy od tego co kto lubi :)
Ktoś powie: "przecież i takie gry są nam potrzebne, rynek nie może zapełniać się tylko Stalkerami, Bioshockami lub innymi bardziej ambitnymi pozycjami"
Jasne - jednak i w tym ciasnym korytku płytkich fpsów Painkiller przegrywa z takimi klasykami bezmózgiej rozrywki, jak Quake 4, czy Doom 3.
Dla mnie Painkiller był grą w pełni wartą metody jej dystrybucji w Polsce - 20 zł w każdym kiosku. Po kilku levelach, znudzony ciągła rozwałką, po porstu zaprzestałem grania. Na tamte czasy 6/10. Dziś wynik oscylowałby zapewne w okolicach 3, a jak mniemam ten „dodatek” względem oryginału, w światek wojen piekielno niebiańskich za wiele nie wnosi.
Wojna, wojna nigdy się nie zmienia...






