Need for Speed: The Run
Mamy znów dorabianie na siłę scenariusza. Wcielamy się w niejakiego Jacka Rourke, (ponoć) niezłego kierowcę, który dostaje propozycję nie do odrzucenie od dawnej przyjaciółki Samanthy – mafia chce go zabić, bo winny jest pieniądze, ale kumpela wyłoży kasę, by chłop wygrał tytułowy wyścig przez całą Amerykę i gdy zdobędzie tym samym 25 milionów dolarów, ona odpali mu dziesięć procent, a także spłaci gangsterów. Wątek pozbawiony jest niestety całkowicie emocji. Bohater zgrywa rozentuzjazmowanego twardziela, lecz co krok ktoś wyrzuca go z trasy czy rozwala mu auto, zmuszając niejednokrotnie w sposób niezwykle sztuczny do mozolnego nadrabiania straconego czasu. Całość zabawy opiera się na wyprzedzeniu 200 rywali, z których poznamy bliżej zaledwie garstkę. Postacie drugoplanowe przewijają się w cieniu, pojawiają na jedno, dwa starcia - pokpiono sprawę nie pogłębiając chociaż trochę bardziej ich rysu psychologicznego.
Zmarnowano potencjał tkwiący w historii, tak samo jak zbyt po macoszemu potraktowano interaktywne scenki przerywnikowe, mające za zadanie ją dopowiadać. Nie udało się poprzez te kilka sekwencji klepania wyświetlanych na ekranie kombinacji klawiszy przekazać głębszych treści. Jasne, młodszym graczom spodobają się akcje typu ucieczka ze skasowanego auta na kilka sekund przed staranowaniem gruchota przez nadjeżdżający pociąg, czy strącenie po wysokim wyskoku furką prującego do nas z karabinów helikoptera (w ilu filmach to widzieliśmy?), lecz tak naprawdę fragmenty te nie wnoszą nic. Stanowią wyłącznie wymówkę do zmiany samochodu na teoretycznie szybszy. W co byśmy jednak nie wsiedli, źle zaprojektowana rozrywka w końcu do głębi podirytuje.
The Run oszukuje w najgorszy możliwy sposób. Na wyższych niż łatwy poziomach trudności, przeciwnicy pozwolą wyprzedzić się łaskawie praktycznie wyłącznie w określonych momentach, inaczej nie dościgniemy ich nawet cały czas dusząc turbo dopalenie - co prezentuje się zwyczajnie komicznie, gdyż pojazdami o dużo słabszych od naszego parametrach poruszają się niczym rakieta. Nielicznych skrótów na trasie nie tylko można, acz wręcz trzeba stąd używać. Ponadto, zostawieni daleko w tyle rywale nagle przed samą metą wyskakują często błyskawicznie z tyłu, niczym przysłowiowy Filip z konopi. Rozumiem, że starano się, by na każdym etapie danego odcinka trasy czekało na nas jakieś wyzwanie, ale te programistyczne skróty rzucają się w oczy strasznie. Do tego wszelkie patrole rzecz jasna ścigają bohatera - innych piratów drogowych w sumie nie widzą…







