Call of Duty: World at War
II Wojna raz jeszcze
Z tematyką ostatniego konfliktu zbrojnego, który ogarnął sporą część świata, trudno się było nie spotkać - powstała o tym w końcu cała masa gier. Kiedy mogło się już wydawać, że wszystkie najważniejsze wątki II Wojny Światowej zostały przedstawione i przynajmniej Ci najwięksi wydawcy przerzucą się na bardziej „świeży” temat, znowu stajemy jednak do boju po stronie aliantów. Akcja Word at War zaczyna się standardowo, w finałowej fazie działań, kiedy Amerykanie dostrzegają początek końca walki z Japonią, zaś Armia Czerwona uzyskuje przewagę nad III Rzeszą na froncie wschodnioeuropejskim. Wcielamy się tutaj w rolę niższego rangą żołnierza – nie superbohatera, ani też komandosa, tylko wojskowego, jakich wielu spotkamy na swojej drodze.
Od początku uderza duża brutalność gry. Już na starcie stykamy się z torturami współtowarzysza, którego krew z rozcinanego gardła za moment rozlewa się po całym baraku. Nie jest to wcale wyjątek, czy tylko porażający wstęp, bo z ostrymi scenami będziemy mieli do czynienia wiele razy. W tym również sami staniemy się oprawcami wykonując zwykłe działania wojenne. Przemoc to jednak nie kaprys twórców, chcących zmienić w miarę realistyczną serię strzelanin w krwawą rzeźnię, tylko kwestia wymuszona przez ukazywany scenariusz. Nasz bohater zostaje rzucony w sam środek piekła. Jako Amerykanie zmagamy się Japończykami, którzy w swoim środowisku są w stanie dokonywać cudów. Niepewne kroki małych, odseparowanych od dowództwa czy zaopatrzenia oddziałów po całkiem obcej, gęsto zarośniętej ziemi… Łatwo jak w Europie nie będzie.
W kraju płonącej wiśni
Wrogowie potrafią zaskoczyć nas atakując masą lub niedużą grupą, lecz za to z niespodziewanego kierunku, dobrze zakamuflowanych miejsc, czy osłoniętej liśćmi palmy. Nie stronią od sypania granatami oraz rzucania się na nas z bagnetami z okrzykiem Banzai! na ustach. Oprócz korzystania ze sprytnych kryjówek, nieźle sobie też radzą z trzymaniem agresywnej defensywy w okopach albo chociażby w średniowiecznych pałacach. Ale nawet sprzyjający tubylcom, bogaty we florę klimat da się wykorzystać przeciwko oponentowi. Gdy tylko w nasze ręce wpada miotacz ognia atmosfera z miejsca staje się „gęsta”. Urządzenie wyrządza szybko duże szkody i nie potrzebuje paliwa, tylko czasu na ostygnięcie. Nietrudno zasiać nim popłoch w wąskich korytarzach czy skutecznie popieścić płomieniem kryjących się w trawach i na drzewach.
male rzeczy a irytuja...
grafika jest bardzo ładna, szczegółowa, fajne efekty...tylko chwilami brakuje klimatu z CoD'a 4
PS:gdybym miał wybierać pomiędzy nią, a poprzednią częścią, to bym się zastanawiał
* zbyt
* wiele
* by
* wszystkie
* wymienić
Call of Duty V posiada jedną zaletę: szybko się o niej zapomina.
Bandą hipokrytów mogę nazwać recenzentów, którzy często gęsto płaczą, że współczesne gry nie mają "głębi" i są robione dla weekendowych blondynek, a gdy przychodzi im oceniać taki szajs, jak COD V, dają noty bliskie ideału.
Gry tego pokroju są nawozem do gleby, w której spoczną cuda, w jakie jeszcze do niedawna zagrywaliśmy się dniami i nocami, gry, które fascynowały nas w trakcie grania i nie dawały o sobie zapomnieć po napisach końcowych. Nikt już takich robić nie będzie, skoro wysokimi notami i ogólnym zachwytem dajemy przyzwolenie na karmienie nas komercyjnymi rzygami. Myślałem, że w tym roku niżej "Spore" upaść się nie da.
"Call of duty" może poszczycić się wyżartymi do samej kości schematami fabularnymi, mapami, przez które zazwyczaj przebiegamy wąskimi ścieżkami - dającymi nam pole manewru poniżej jakiejkolwiek krytyki. Przeciwnicy o inteligencji potworków z Dooma, blond-friendly system regeneracji (ale to już chyba norma), kanciaste postaci i to nieodparte uczucie, że ktoś najzwyczajniej w świecie sobie z nas zakpił, sprawia, że na własnych oczach obserwujemy upadek wielkiego tytułu, jego kurczenie się do wielkości małej, głupiej konsoli.
Niedzielni gracze wezmą tę grę z połykiem.
Tacy jak ja, szybko wyplują.
OCENY:
Grafika: 3/6 (myślałem, że otacza mnie jedna wielka bitmapa, w dobie Crysis taka grafika to obraza doznań estetycznych gracza; ładny Berlin i niezły Stalingrad)
Dźwięk: 3/6 (muzyka swoje, akcja swoje; wystrzały z broni beznadziejne, ogromny plus za głos K. Sutherlanda)
Fabuła: 1/6 (nie istnieje)
Długość: 1/6 (5 godzin z przerwami na ziewanie. Krótszy od tej gry jest tylko Saper)
Klimat: 2/6 (wojna pełną gębą - grając, nieustannie walczysz z
Dla mnie wszystko bardzo dobrze, klimatycznie dobrane i muzyka i w ogóle wszyściutko...
Przypomina mi to trochę bardzo stare Medal of Honor na Ps1 w które bardzo fajnie mi się grało, klimat miało.
Dla mnie najlepsza gra wojenna jeżeli chodzi o te najnowsze, wolę coś realnego niż Crysis w którym ma się dodatkowe moce supermen'a
Far Cry'a 2 też przebija 
(to samo dotyczy dzungli z ktorej wybiegaja japonce, a nas cos dziwnie trzyma np. w korycie rzeki). Plusy za muzyke i swietne menu. Ogolnie w moim odczuciu bardzo duzy krok wstecz w porownaniu do Modern Warfare...
a sama gra jak dla mnie, to 7/10. beznadziejne sa kampanie w japonii, ale i tak lepsze niz te z moh pacific assault.
Procesor: 3GHz Intel Pentium 4 lub odpowiednik
Pamięć: 512 MB RAM
Dysk: 8 GB wolnego miejsca
Napęd DVD: brak danych
Karta dźwiękowa: brak danych
Karta graficzna: minimum 256 MB, zgodna z pixel shader 3.0
DirectX: brak danych






