Tournament of Legends
Krótki rys historyczny – Gladiator A.D., bo tak nazywała się na początku bijatyka, inspirowane było popularnym filmem 300 i zawierać miało chociażby charakterystyczne zwolnienia czasu podczas wyprowadzania mocnych ataków. Producent „celował” w niezwykle realistyczne sceny walki, stawiając na przeznaczony dla dorosłego gracza wygląd oraz duże ilości krwi i flaków. Do tego zapowiadano umiejętne wykorzystanie przystawki Wii MotionPlus. W lutym 2010 roku SEGA zmieniła tytuł, redukując przy tym przemoc, zmieniając wizualny styl gry i stawiając na mitologicznych bohaterów. Wsparcie dla „ruchowej” przystawki wyleciało. Ze świetnego pomysłu i ciekawej jak na dzisiejsze czasy koncepcji niewiele zostało. Już po kilkunastu minutach zabawy dostrzegalne jest, że nowy projekt kreślony był na kolanie i nie poświęcono mu zbyt dużo czasu.
Turniej Legend to teatr archaizmów. Każdy fan bijatyk pamięta na pewno znane z kilku generacji wstecz War Gods, Bio Freaks, Mace: The Dark Age czy Dark Rift - propozycja High Voltage świetnie wpasowałaby się w to zestawienie. Szkopuł w tym, że wymienione wyżej gry pochodzą z czasów, kiedy producenci stawiali pierwsze kroki w świecie trójwymiarowych bijatyk. Jak dobrze wiadomo, przetrwały najlepsze serie – Tekken, SoulCalibur, Mortal Kombat oraz Virtua Fighter. „Antyczne” jest tu praktycznie wszystko – od prostego i tandetnego systemu walki, przez niezbyt dynamiczne przedstawienie akcji, aż do wykonania. Brakuje przyjemności czerpanej z okładania przeciwnika. Zwycięstwo nie podniesie nikomu poziomu szczęścia, a przegrane starcie wywoła jedynie nieśmiałe westchnienie. Chcecie przejść tryb kampanii wszystkimi postaciami? Wyłączcie się na pewien czas i machajcie po prostu bezmyślnie kontrolerami, wciskając bezwiednie kolejne klawisze.






