Sin and Punishment: Successor of the Skies
Grzech i Karę można uznać za „celownik na szynach”, niemniej stawianie gry w jednym szeregu z typowymi przedstawicielami tego gatunku jest jawnie niesprawiedliwe. Do klasycznego ujęcia dodajcie elementy platformowe, przyprawcie to sosem typowo "arcade", a otrzymacie obraz Successor of the Skies. Bohaterami są tutaj młodzieniec Isa – syn postaci głównych z pierwowzoru, oraz niejaka Kachi. Para podróżuje statkiem kosmicznym, który zostaje nagle zaatakowany. Pomimo usilnych prób wyjścia cało z opresji, maszyna spada, a dzielny duet musi stawić czoła oprawcom. Wszystko wskazuje na to, że to żaden przypadek, bo przeciwnicy chcą porwać Kachi - zadaniem blondwłosego chłopca z emo-fryzurą jest więc ochrona dziewczyny. Niestety gra wyjaśnia niewiele, a fabuła to tylko i wyłącznie proste tło pod walki. Większość wrogów wydaje z siebie głównie jęki konania, a jeśli już trafi się zuch próbujący rozwinąć historię lub nakierować nas na sens opowieści, przeznaczycie jego wystąpienie na złapanie oddechu, rozluźnienia palców i powrót do najwyższego stanu własnej koncentracji.
Przed nami eliminacja wszelkiej maści nieprzyjaciół, wszystkimi możliwymi sposobami. Choć wybór jednej z dwóch postaci nie ma dużego znaczenia w samej rozgrywce, tak chyba przyjemniej gra się wyposażoną w „deskolotkę” Kachi. Bohaterom włożono w dłonie pistolety z niekończącą się amunicją oraz przeznaczony do walki na krótkim dystansie miecz. Nie warto zdejmować ręki ze spustu, ponieważ broń palna nie wymaga przeładowania, zaś ciągły ogień to najlepszy sposób na „sięgnięcie” wszystkich, niewątpliwie zasługujących na śmierć wrogów. Jeśli któremuś z nich uda się już do nas podejść, należy potraktować go „kombosem” z ostrza – bliski atak jest bardzo mocny i świetnie spełnia swoją rolę. Celownik podąża za pilotem, a znajdujące się na nim przyciski odpowiadają za strzał oraz uderzenie. Warto używać również namierzania celów czy mocnego ataku specjalnego. Postać jest cały czas widoczna na ekranie, w związku z czym musi lawirować pomiędzy gradem pocisków, rakiet i laserów. Do sterowania bohaterem na wszystkie strony służy „gruszka”, odpowiedni guzik odpowiada za szybki unik - kontrolery wykorzystane zostały fantastycznie.
Na najłatwiejszym poziomie trudności walka jest banalna, stąd pewnikiem tak grę przeszłaby nawet Wasza babcia. Treasure postanowiło ułatwić laikom zabawę implementując autocelowanie – w praktyce oznacza to tyle, że przy zaznaczonym nieprzyjacielu, pociski wystrzelone powiedzmy w prawy górny róg ekranu polecą wprost do niego, choćby znajdował się w zupełnie innym miejscu. Jeśli zdecydujecie się jednak postawić sobie poprzeczkę ciut wyżej, możecie zapomnieć o relaksie, ponieważ poza celnym okiem, liczyć się będzie również umiejętność unikania wrogich kul i odpowiedniego kontrowania mocniejszych ataków. Prawdziwym wyzwaniem są mniejsi oraz więksi szefowie. Niektórzy padają od razu, z innymi walczy się na raty – ważne jest znalezienie słabego punktu, a także odpowiednie wykorzystanie broni palnej i cięcia mieczem. Podobnie jak w większości japońskich gier akcji, zachowań bossów trzeba się po prostu nauczyć, obmyślić strategię, by następnie wcielić ją skutecznie w życie. Tego typu starcia wyglądają konkretnie - bez problemu dacie się wkręcić w ich epickość.






