Muramasa: The Demon Blade
Główna wyspa Japonii - Honshu. Era Genroku, czasy szoguna Tokugawy Tsunayoshi. Narasta konflikt wokół przeklętych demonicznych ostrzy, które w konsekwencji przyniosą nie wielką władzę, ale tragedię, szaleństwo i śmierć oraz stwory z zaświatów - tak mniej więcej prezentuje się wstęp do całej zabawy w Muramasa: The Demon Blade. Już na pierwszy rzut oka człowiek zauważa, że produkcja to na wskroś japońska. Przy spotkaniu z tytułem oczy dosłownie wypadają z orbit - całość prezentuje się tak fantastycznie. Naprawdę trudno przejść obok oprawy wizualnej Muramasy obojętnie.
Rozgrywka całkiem klasyczna - mamy dwuwymiarowy rzut, poruszamy się w prawo lub w lewo. Autorzy postanowili przedstawić świat w kilku płaszczyznach. Na tła składają się niezależne warstwy, każda porusza się swoim własnym tempem (przód szybciej, tył wolniej) w miarę jak śmigamy przez planszę, co w konsekwencji daje niesamowite wrażenie głębi. Wszystkie elementy w grze oddane zostały niezwykle dokładnie, kreska olśniewa, zaś barwy wręcz odbierają wzrok. Wspaniale wykonane źdźbła trawy, zachody słońca, morskie fale, wodospady, spadające liście... Muramasa ujmuje za serce. Obrazu dopełnia miła dla ucha muzyka, która doskonale buduje klimat klasycznego "slaszera". Dźwięk ścierającej się stali nie pozostawia żadnych wątpliwości – walka toczy się na całego i nie ma tu miejsca na taryfę ulgową. Do tego, pomimo całego dwuwymiarowego przepychu, gra ani na chwilę nie zwalnia, nic nie przycina. Wii ma moc, ale jak dotąd nie wszyscy potrafią z niej tak skorzystać...
Wybaczcie zachwyty na starcie, ale Muramasa: The Demon Blade to pozycja, którą się zwyczajnie podziwia. Grafika okazuje się być najmocniejszym aspektem całej rozgrywki i nie trzeba być estetą, aby docenić pracę studia Vanillaware. Wspomniałem, że gra jest na wskroś japońska - dla części osób stanie się to jednym z jej głównych atutów, dla innych trudny w zrozumieniu temat może być jednak barierą nie do przeskoczenia. Typowemu Europejczykowi ciężko przyjdzie pojąć fabułę z dwóch powodów - nieznajomość japońskiej mitologii nie pozwoli na dostrzeżenie smaczków, jakie niesie historia, a ponadto przez oryginalny dubbing ciężko śledzić wątek fabularny. Angielskie napisy wcale nie rozjaśnią jakoś specjalnie wypowiadanych przez bohaterów kwestii, do tego scenariusz to specyficzne dzieło prosto z Kraju Kwitnącej Wiśni (nawet dubbing by tu nie pomógł). Jeśli jednak Japonia Was nigdy nie odstraszała, przy każdym dialogu przejdą po Waszych plecach mrówki.
Bohaterów twórcy przedstawiają nam dwoje. Mamy Momohime, której ciało zostało opętane prze ducha potężnego wojownika, oraz mężnego Kisuke - wiadomo o nim początkowo tylko tyle, że niczego nie pamięta. Muramasa oferuje dualizm rozgrywki także okazujący się być wielopłaszczyznowym. Każda z postaci ma inną historię, jednak ich ścieżki się zazębiają. Spotykają się one ponadto w walce, gdzie dwa różne style mają wyłonić ten najsilniejszy. Chociaż przy kolejnych uruchomieniach gra pyta, kim chcemy sterować, to po prostu warto przejść tę produkcję dwukrotnie - aczkolwiek zmiany bohaterów można dokonać też w praktycznie każdym momencie rozgrywki. Fajna opcja. Dualizm pojawia się również w kwestii poziomu trudności. Zabawa Momohime to relaksująca rozgrywka – napotykane hordy nie sprawiają trudności i wrogowie rozpadają się na kawałki prawie sami. Szybując po długim skoku da się spokojnie delektować animacją powiewającego tu i ówdzie odzienia uroczej niewiasty. Kisuke to zaś wyższa szkoła jazdy i niezastosowanie bloku przy ciosie nawet z pozoru najsłabszego przeciwnika może skończyć się śmiercią – niestety gracza. Więc mamy swawolne podziwianie okolicy, albo wiele godzin nauki sekwencji ciosów przebrzydłych szefów, którzy pojawiają się na końcu każdego z poziomów.






