MadWorld
Historia tu przedstawiona jest banalna aż do bólu. Tajemniczy wirus dopadł miasto Varrigan. Natychmiast zostały podjęte środki ostrożności i metropolię objęto kwarantanną. Mosty doń prowadzące zniszczono, a całość dodatkowo obudowana murem tak wielkim, że nikt kto znalazł się w środku nie zdoła się przedostać na zewnątrz. Dalej sprawą zająć się miał rząd, lecz jak to w polityce bywa wyszło nie tak jak wyjść miało i czarne stało się czarnym, a białe białym - zamiast szukać lekarstwa na zarazę w zamkniętym obszarze stworzono niezły show dla dorosłych. I wcale nie mam tu na myśli czegoś na wzór porno edycji Gwiazdy tańczą na lodzie... Zasady Death Watch, bo tak się ów spektakl nazywa, są proste - wejść do pogrążonego w chaosie Varrigan i przeżyć. Wewnątrz naturalnie tylko czeka na nas horda wrogów, których pokonać należy najbardziej finezyjnie jak tylko potrafimy, gdyż całą akcję dodatkowo obserwować będą z rozsianych gęsto tu i ówdzie kamer sędziowie.
Gracz zostaje wrzucony w buty typa o imieniu Jack. Sporych rozmiarów zakapior generalnie pojawia się w tym opanowanym przez zło i występek mieście jako jeden z uczestników krwawego turnieju, choć po krótkiej chwili okazuje się, że jego obecność tutaj nie jest wcale taka do końca przypadkowa… Motyw zabawy jest prosty - na drodze staną całe masy przeciwników, którzy z wielką przyjemnością przyjmą na klatę każdy nasz morderczy cios, a gdy już przez nich przebrniemy będziemy musieli stawić czoła kontrolującemu dany obszar metropolii bossowi. Warto wyjaśnić, że jeżeli w głowach zarysował wam się obraz otwartych przestrzeni rodem z Grand Theft Auto to niestety nic z tego, bo MadWorld jest do bólu liniowe. Do celu doprowadzi nas zawsze jedna droga, a całe miasto podzielone zostało na sektory. Każdy z nich kontrolowany jest przez innego szefa, którego należy roznieść w pył, jeśli chcemy daną strefę ukończyć. Niemniej taka plejada psycholi, mutantów i opryszków może śmiało konkurować z bohaterami spod ciemnej gwiazdy znanymi choćby z Red Dead Revolver od Rockstar czy też Dead Rising ręki deweloperów Capcom.
Równocześnie gracz nie powinien jednak zapominać, że program Death Watch to „komercha” i najważniejsza jest tak naprawdę finezja, bowiem nasze poczynania będą w końcu oceniane przez z pewnością wysoce wykwalifikowane w dziedzinie zadawania bólu jury. Aby w ogóle mieć możliwość stawienia czoła głównemu bossowi i ukończenia danej areny trzeba zgromadzić odpowiednio wysoki dorobek punktowy. Każdy martwy oprych to oczko więcej, lecz zabijanie w prosty (by nie powiedzieć prostacki) sposób widzom się przecież nie spodoba. Dlatego też przeciwników będziemy musieli wysyłać na tamten świat w bardziej wymyślnych mękach. Im dłuższa kombinacja często komicznych ciosów na oprychu, tym bliżej jesteśmy do kolejnego sektora. Wszystkie ruchy dozwolone - i o to chodzi!
Ogółem nie jest źle, ale warto popracować nad kolejnymi pracami








