Final Fantasy Crystal Chronicles: The Crystal Bearers
Wszystko, co związane z sagą Final Fantasy, największą popularnością cieszy się w Kraju Kwitnącej Wiśni, powinniśmy być więc zadowoleni z faktu, że Square Enix zdecydowało się na wydanie jeszcze jednej produkcji na Starym Kontynencie. Wbrew pozorom, Crystal Bearers nie jest wcale tytułem stworzonym na kolanie, wyłącznie celem zarobienia kolejnych pieniędzy na fanach – produkt został zapowiedziany już w maju 2006 roku, przez co w środowisku miłośników FF wytworzyło się niemałe ciśnienie. Warto od razu zwrócić uwagę, że pod względem wielu elementów gra nie przypomina "głównych" odsłon serii i trzeba wykazać się otwartym umysłem, aby zaakceptować sposób prowadzenia rozgrywki. Sam początek rzuca nas w wir akcji, kiedy to główny bohater pełni na powietrznym żaglowcu rolę ochroniarza. Wyluzowany najemnik spędza dzień prażąc się w słońcu, doskonale zdając sobie sprawę ze swojej wartości i pozycji, jaką wyrobił sobie wśród współpracowników, ale po krótkiej chwili gracz będzie mógł już sprawdzić w akcji jego moc telekinezy. Nasz statek zostaje zaatakowany.
Blondyn wyskakuje z fruwającego okrętu, żeby rozprawić się z ustrojstwem, które odważyło się przerwać jego wypoczynek. Nagle scenka przerywnikowa zmienia się we właściwą grę i za pomocą celownika, którego pozycję ustawiamy korzystając z wiilota, razimy podniebne tałatajstwo. Zabawa na kilka chwil staje się oto „strzelanką na szynach” i pozwala nam z uśmiechem na ustach eliminować kolejnych wrogów, ciesząc się z płynnej animacji oraz dopracowanej grafiki. Trzeba przyznać, że taka soczysta scena na samym początku Crystal Bearers sprawia świetne wrażenie, a także daje jednoznacznie do zrozumienia, iż będziemy mieli do czynienia tutaj głównie z akcją. Lecz to nie koniec kłopotów wywołanych atakiem wrogów – za chwilę Layle siada za sterami statku i przeciskając się przez wąskie korytarze kanionów, próbuje ocalić współtowarzyszy podróży. Na starcie akcja jest do bólu liniowa, co może wprowadzić gracza w błędne rozumowanie, że gra prowadzić będzie zawsze za rękę, scenariusz zaś nie pozwoli nudzić się ani przez chwilę. Kilka minut później okazuje się, że pierwsze wrażenie jest mylące...
Final Fantasy Crystal Chronicles: The Crystal Bearers jest ostatecznie w pewnym sensie „piaskownicą” i każdy, kto zdecyduje się wejść do tej magicznej krainy, musi liczyć się z koniecznością przemierzania pustych przestrzeni, walki z przypadkowymi przeciwnikami i szukaniem kolejnych misji. W tym aspekcie da się odczuć, iż twórcy trochę się pogubili. Z jednej strony zaserwowali skryptowaną, nieźle wyreżyserowaną akcję na statku, by za chwilę rzucić gracza do dużego, otwartego świata. Pomimo tego, projekty lokacji, jak i napotkane postacie, opracowane są w sposób spójny, dlatego też taki miks jest w konsekwencji strawny. Tylko jeżeli Final Fantasy kojarzy Wam się głównie z turowym sposobem prowadzenia walki, masą czarów, obmyślaniem strategii bitwy i fajerwerkami przy każdym mocniejszym ataku magicznym, będziecie rozczarowani. Layle korzysta tylko i wyłącznie z telekinezy, posiłkując się może przy tym zwinnością oraz sprytem. W zależności od sytuacji gra sama wybierze sposób wykorzystania mocy.







Cóż... Starzejesz się chlopie, a oni nadal próbują ci wmówić, że masz 15 lat i świat do uratowania.