Dragon Quest IX
Choć w sumie trudno dziwić się Square Enix, że nie kwapią się sięgnąć po innowacyjne rozwiązania, skoro w samej Japonii Dragon Quest IX: Sentinels of the Starry Skies w pierwszych dniach przebiło 3 miliony sprzedanych kopii. Tamten rynek zwyczajnie wielbi to, co znane oraz sprawdzone, rzadko kiedy przychylając się ku drastycznym przemianom. A nie inaczej dzieje się na terenach Europy i USA, których mieszkańcy, zakochani w azjatyckich produkcjach, równie gorliwie oblegali sklepy z nadzieją, że położą łapska na cieplutkim opakowaniu z kartridżem. Tymczasem przeciętny, szary Polak może mieć niestety spore trudności z docenieniem pełnego potencjału najnowszego „Smoczego Zadania”, o czym naturalnie nie omieszkam wspomnieć w stosownym do tego momencie.
Zacznijmy jednak od aspektu, bez którego żadne, nawet najbardziej archaiczne "skośne" RPG nie byłoby w stanie się obejść, czyli fabuły. Wcielimy się w postać jednego z niebiańskich Celestrians – potężnych aniołów strzegących bezpieczeństwa śmiertelników, zamieszkujących krainę nazywaną Protektoratem. Wzorem pozostałych sumiennych obywateli podniebnego miasta Obserwatorium, tak też my gromadzimy wytwarzaną przez wdzięcznych ludzi energię (benevolessence), aby móc przekazać ją „Drzewu Świata” – Yggdrasilowi. Dla każdego Celestriana jest to najważniejszy proces w jego egzystencji, gdyż karmiony w ten sposób "pień" ma w odpowiednim momencie wydać na świat magiczne figi, będące jedynym sposobem dla uskrzydlonych strażników, aby dostać się do Ziemi Bożej. Będąc już zaledwie krok od „wniebowstąpienia”, całe Obserwatorium pada ofiarą niszczycielskiego ataku, który nie tylko strąca naszego herosa na grzeszny padół łez, ale pozbawia go aureoli oraz skrzydeł, czyniąc widzialnym dla przeciętnego człowieka. Zaczyna się kolejna wielka przygoda...
Trzeba przyznać, że na starcie cała historia brzmi niezwykle porywająco, acz ostatecznie takową niestety nie jest - wszystko za sprawą kilku tragicznych rozwiązań i decyzji (względem poprzedniczek), których podjęli się twórcy. Chodzi między innymi o zrezygnowanie ze z góry ustalonych bohaterów w drużynie. Gracz samodzielnie ustala wygląd zarówno właściwego protagonisty, jak też kompanów. Zamiast kierować ciekawymi osobnikami o przebogatej przeszłości, tak naprawdę dostajemy szereg wyzutych z uczuć oraz charakteru „manekinów”. Sytuacji nie ratują postacie drugoplanowe, poznawane w trakcie wykonywania setek oferowanych zadań pobocznych. Spora część z nich ma poważne problemy z wyróżnieniem się spośród tłumu pozostałych, uzbrojonych w jednozdaniowe dialogi „statystów”. Wypowiedzi tylko pogłębiają dramat tych bezbarwnych nudziarzy, przez co niejednokrotnie zapomnicie o nowo poznanych osobnikach zaraz po przekroczeniu murów miasta. Ciężko więc autentycznie wciągnąć się w rozgrywające dookoła tragedie, kiedy ich uczestnicy to zgraja bezpłciowych, zamulających ludzików.






