Nie spodziewałem się, że zabawa niesie ze sobą tyle frajdy – niewiele ma jednak wspólnego z graniem na prawdziwym instrumencie. Zastanawiacie się co łączy te dwie czynności i czy setki godzin spędzonych przy plastikowym kontrolerze faktycznie czegoś Was nauczyły? Pierwsze Guitar Hero zaatakowało rynek jeszcze w 2005 roku, wciskając w ręce gracy zmniejszone imitacje prawdziwych gitar. Jak to wygląda w praktyce? Pięć kolorowych klawiszy, struna i wajcha. Rozmiar większości „instrumentów” zasadniczo różni się od prawdziwego sprzętu, przez co początkowo byłem odrobinę zdezorientowany – czułem się tak, jak przy sprawdzaniu gitary celowo zmniejszonej - przeznaczonej dla młodszych muzyków. Kontroler to oczywiście również korpus, gryf i główka – ale to wydaje się oczywiste. Na rynku dostępnych jest cała masa mniej lub bardziej dopracowanych urządzeń. Osobiście zdecydowałem się na prosty kontroler do Wii, ale nie tak dawno TomisH testował dla Was „wypasiony” bas imitujący prawdziwego Fendera. W sieci znaleźć można masę filmików, gdzie pasjonaci gier muzycznych przystosowują swoje plastikowe kontrolery do roli prawdziwych instrumentów. Ja poszedłbym w zupełnie inną stronę - dostosowałbym zwykłą gitarę do obsługi gier pokroju Guitar Hero.
Jeżeli kiedykolwiek trzymaliście w ręku prawdziwą gitarę elektryczną to wiecie, że diametralnie różni się ona ciężarem od kontrolerów do gier muzycznych. Jest to dla mnie wielki minus, ponieważ wciąż czuję, że dzierżę w rękach pusty, plastikowy model, który przy większym nacisku może "ustąpić". Pamiętacie Dead Rising i Franka okładającego zombiaki elektrykiem? Przy ciężarze korpusu instrumentu nie jest dziwnym, że gitara ciągnęła wręcz bohatera za sobą – targanie wiosła na próbę do najprzyjemniejszych niestety nie należy, uwierzcie mi na słowo. Wykorzystanie wajchy jest w porządku, chociaż w prawdziwej gitarze wolę ją odrobinę od mostka odkręcić – poszerzając tym samym zakres ruchu (w kontrolerach taka opcja nie występuje, a jeśli nawet któraś zabawka ją posiada, zupełnie nie widzę sensu wykorzystania tego w grze).
Pora przejść do samej rozgrywki. Od razu zaznaczę, że średnio podpasowała mi seria Rock Band i zdecydowanie bardziej skupiłem się na Guitar Hero – szczególnie odsłonie z udziałem zespołu Metallica. Powód był prozaiczny – jestem fanem tego bandu od 8 roku życia, a większość utworów umiem lub umiałem zagrać na prawdziwym instrumencie. Zostawmy jednak te ciekawostki i przejdźmy do zabawy plastikową gitarą. Zacznijmy od „struny”, która odpowiada za imitację szarpania prawdziwych drutów. Normalne wiosło posiada strun 6, także zmniejszenie tej liczby do wirtualnego zastępstwa w zasadniczy sposób ogranicza realność zabawy. Należy pamiętać, że elektryk to również kostka do gry i przy szybszym graniu na kontrolerze– chociażby tremolo, na pierwszy plan wysuwa się uczucie bezmyślnego klepania w plastikowy dzyndzel – tak być nie powinno, nijak ma się to do faktycznego „szarpania strun”
Ogarnięcie pięciu klawiszy w Guitar Hero to wyższa szkoła jazdy. Osobiście wciąż tkwię jedynie przy czterech, jednak obawiam się, że gitarowe przyzwyczajenia nie pozwolą mi na ogranie pięciu guzików i wejście na poziom ekspert. Warto porównać ten aspekt zabawy z faktyczną grą na instrumencie. Gitara elektryczna posiada najczęściej 21 progów, z czego każda struna może być pojedynczo szarpnięta na jednym z nich – pomnóżcie to przez 6 i niezbyt trafnie, ale na pewno obrazowo zrozumiecie, jak duża jest skala dźwięków na gryfie. Dodajcie do tego dwudźwięki (zwane przez niektórych „piątkami”), bardziej rozbudowane trójdźwięki, akordy i flażolety. Stosując technikę tappingu wyłapiecie jeszcze całą masę innych nut. Uwierzcie mi – ogrom, dosłownie ogrom możliwości. Elektryk to nie bicie prostych akordów na ognisku, ale szybkie i zwinne przemieszczanie się po całym, podkreślam - całym gryfie. Jak ma się do tego pięć przycisków? Nijak.
Początkowo myślałem, że wieloletnie doświadczenie z gitarą elektryczną (choć zaznaczam, że pomimo wielogodzinnych ćwiczeń mój poziom był i jest raczej przeciętny) pomogą mi w okiełznaniu wirtualnego wiosła. Niestety, myliłem się. Utwory Metalliki, które znałem wręcz na pamięć i wciąż, w większym lub mniejszym stopniu, umiem zagrać na prawdziwym instrumencie, na kontrolerze zwyczajnie mi nie wychodziły. Po przyzwyczajeniu się do systemu rozgrywki było już lepiej, ale masę rzeczy gra się zupełnie inaczej i naiwnym jest ten, który uważa, że dzięki grze wideo nauczy się czegokolwiek na prawdziwym instrumencie. Fakt, tytuły muzyczne pomagają wyczuwać rytm, wyłapywać konkretne ścieżki i ogólnie oswoić się samą ideą wykonywania utworów, ale uwierzcie mi – ma się to do prawdziwego grania tak, jak świnia do podróży kosmicznych.
Czy warto interesować się tytułami muzycznymi? Oczywiście - to masa frajdy, jednak jeśli chcecie faktycznie coś zagrać, zdecydujcie się raczej na prawdziwy instrument i nauczyciela. Można ewentualnie ćwiczyć samemu, pamiętając niemniej, że niezależnie od wybranego sposobu nauki, instrument wymaga codziennych, wielogodzinnych ćwiczeń i bez samozaparcia trudno coś osiągnąć. Jeśli stwierdziliście – „Dobra North, gadasz głupoty”, włączcie Wasz ulubiony filmie prezentujący bicie rekordu w którymś GH. Po chwili odpalcie jakiegokolwiek dobrego technicznie gitarzystę rockowego/metalowego. Opad szczęki gwarantowany. Bo granie na plastikowej gitarze to tak naprawdę to samo, co wklepywanie kółek, kwadracików, x-ów czy triggerów na zwykłym padzie - tyle że szybciej i na większej powierzchni.

A GH: Metallica muszę nadrobić 





Nawet North gra tylko w wersję z swoją ulubioną kapelą (swoją drogą, bardzo zacną).
Ale mówię to w zasadzie tylko na podstawie własnych spostrzeżen i doświadczen, może jestem elementem społecznym...