Z jednej strony trudno nie zgodzić się z Microsoftem i chęcią wyeliminowania niecnego procederu uruchamiania pirackich kopii gier, z drugiej jednak nie sposób zrozumieć dlaczego koncern od lat mydli oczy w sprawie polskiego Xbox Live. O łączeniu tych dwóch faktów nie będę jednak pisał – zrobiła to już za mnie cała masa graczy i redaktorów pism czy portali. Co jednak z kwestią wymiany i pożyczania sobie gier? Zupełnie niedawno dobry kolega (pozdrawiam) pożyczył mi na Xboksa 360 dwie pozycje - ja w ramach rewanżu dałem mu grę, w którą od dawna chciał w spokoju pograć. Czy to czyni nas złodziejami i przestępcami?
O rynku wtórnym pisałem w jednym z moich grudniowych blogów, dlatego postaram się ani na chwilę nie wejść w poruszone tam kwestię. Myśleliście jednak kiedyś nad totalnie koleżeńskim pożyczaniem sobie gier wszelakich? W końcu nie każdego stać na kupno kilku nowości na raz – to oczywiste. Skoro więc Wy kupicie premierową pozycję, Wasz znajomy zakupi drugą, to logicznym jest, że pożyczając je sobie na jakiś czas ogracie dwa świeże tytuły. Proste i logiczne. Bo któż nie pożyczał sobie płytek czy kartridży – w końcu lata temu, szczególnie pośród mieszkańców małych miast, był to jedyny sposób na ogranie wielu gier. Mówimy oczywiście o wymianach, które nie łączą się z jakimkolwiek kopiowaniem pożyczonych nośników. Skąd w ogóle pomysł na takie dywagacje? Podczas niedawnej wymiany, mój dobry kolega (pozdrawiam) zażartował „nie pożyczam – nie kradnę”. W pewnym sensie miał niestety rację – skoro wydawcy negatywnie traktują rynek wtórny, to wymienianie się grami jest przez nich również negowane.
Skąd ta pewność? Ostatnimi czasy kilka nowości zaopatrzonych było w kody umożliwiające ściągnięcie DLC. Skoro kupuję produkt, dostaję ciąg cyferek, powinienem móc go wykorzystać kilkukrotnie – w końcu to prawo do dodatku, a nie wykorzystania kodu. Czy jednak faktycznie tak jest? Czy jeśli pożyczycie grę sąsiadowi, jemu uda się pobrać z sieci rzeczony dodatek? No właśnie. Skoro więc udostępnię grę koledze, nie pozwalam zarobić wydawcy. Skąd ta pokrętna logika? Przecież gdybym nie użyczył mu swojej płyty (do czego mam przecież prawo), pożyczkobiorca (że tak powiem) musiałby grę zakupić – w tym wypadku nową, bo nie pojawiła się ona jeszcze na rynku wtórnym. Skoro na kilka dni ma ją ode mnie - prawie pewnym jest, że po przejściu nie będzie myślał o kupnie własnej kopii. O tym, czy jegomość w ogóle rozważał dokonanie zakupu nie mówmy, bo niejednokrotnie niektóre gry nadają się jedynie do pożyczenia i tylko najwięksi kolekcjonerzy wydają blisko 200 zł, by postawić crap na półce. Skoro jednak dwie nowości (nawet te najlepsze) kosztują łącznie 4 stówki, to każdy gracz postawiony przed wyborem – chcę zagrać w dwie gry płacąc 400 zł vs. chcę zagrać w dwie gry płacąc 200 zł wybierze opcję nr 2.
Co w tym złego bądź nielegalnego? Kompletnie nic. Ale przecież nie chodzi o to, co myśli gracz, ale jak do problemu podchodzi wydawca. A co jeśli któregoś dnia gry działać będą tak jak systemy operacyjne dodawane do komputerów przenośnych? Co jeśli wsadzę płytę do napędu konsoli i po pierwszym włączeniu gra nie zadziała już na żadnym innym sprzęcie? Myślicie, że to nierealne? A myśleliście, że któregoś dnia Microsoft zaatakuje graczy antypiracką kampanią wiedząc doskonale, że XBL prawdopodobnie nigdy nie pojawi się w Polsce - bo nasz rodzimy rynek nie generuje wystarczającego dochodu? Ja nie przypuszczałem. Niestety gry – zarówno konsolowe jak i komputerowe to biznes – przede wszystkim interes i sposób na robienie pieniędzy. Jeśli firma postanawia przeznaczyć kilkadziesiąt milionów dolarów na produkcję, liczyć się będzie dla niej każdy grosz jaki może na tytule zarobić. Obym nigdy nie dożył czasów, gdy pad współpracować będzie tylko z moimi dłońmi – bo producent stwierdzi, że kuzyn chcący pograć na mojej konsoli przez pół godziny powinien mieć swój kontroler, oczywiście jeśli za niego zapłaci.
Kradzież wartości intelektualnej to przestępstwo i dobrze, że Polska weszła swego czasu w posiadanie regulacji prawnych dotyczących tego zagadnienia. Należy jednak pamiętać, że kupując grę mamy więcej praw niż tylko możliwość włożenia krążka do swojej konsoli i zagrania w pieleszach własnego domu. Wydawcy wyciągają ostatnimi czasy rękę po pieniądze przy praktycznie każdej możliwej okazji - czy to DLC, skórki, obrazka czy ciuszka dla avatara. Nie pozwólmy im wyciągnąć jej za daleko, bo któregoś dnia zapłacimy za puste pudełko, którego nie będziemy mogli w dodatku dotknąć. Oprócz prawa do ochrony oryginalnych gier, Polska posiada również takie instytucje jak Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Pewne przepisy normatywne chronią również Was - warto o tym pamiętać. Pożyczone nie kradzione.
"Wiesz można zrobić zapis licencji - zabrania się pożyczania gry znajomym. Tylko kto taki zapis będzie brać na poważnie?"
Nie trzeba ich tworzyć, one figurują prawie w każdym dokumencie tego typu, normując przede wszystkim ilość stanowisk, na których można dany soft odpalić. W prawoznawstwie opisana przez ciebie sytuacja nosi miano: desuetuda - odwyknięcia - derogacji poprzez powszechną nieprzestrzegalność, wynikła z nieprzystawalności prawa do rzeczywistości społecznej.
Reasumując masz prawo zrobić ze swoim nośnikiem co chcesz - zniszczyć, ba powiem więcej - nie tracąc przy tym praw do treści na nim zawartej. Pożyczyć również, tylko musisz mieć na uwadze jedno - pożyczasz pusty, całkowicie niezapisany. To są zawiłe kwestie teoretyczne, które jak pisałem wcześniej - prostuje rzeczywistość. Nikt nie poda cię do sądu za pożyczenie gry, bo zrobi z siebie tylko błazna, a sprawa padnie, z powodu niskiej szkodliwości społecznej czynu.
Causa finita!
Zdajesz sobie, mam nadzieję, sprawę z pełnej korespondencyjności tego stwierdzenia, ze słynnymi utyskiwaniami co poniektórych o zrzucaniu się na uposażenia pracowników budżetówki, co z kolei powinno powodować postawę zależności wobec drugich. To demagogia. Płacisz za dostarczoną usługę i tyle.
Masz, podkreślam, masz obowiązki wynikłe z licencji, prawa autorskiego oraz innych aktów prawnych właściwych dla zagadnienia. Jeżeli ich nie zauważasz, coż - Ignorantia legis neminem excusat
"Ale nabywając nośnik ja jako właściciel mogę robić z nim co mi się podoba"
Możesz, oczywiście, że możesz. Tylko z samym nośnikiem, niekoniecznie już z danymi na nim zawartymi (ot ten dualizm). O możności pożyczenia nie będę pisał po raz kolejny, bo mam wrażenie, że ten ustęp umyślnie ignorujesz. w każdym wpisie z tego wątka naszej dyskusji próbuję przemycić myśl "Jesteś właścicielem nośnika, nie jesteś - treści". Innymi słowy - jesteś właścicielem kawałka plastiku o określonej, niewypełnionej, pojemności
" a w takim razie jedynie konstytucja może mi mówić co jest moim prawem, a co obowiązkiem"
Zabrzmiało podniośle i dumnie. Ustawa zasadnicze, ze względu na swoją pozycję w hierarchii aktów prawnych definiuje tylko prawa i obowiązki nadrzędne, uniwersalne, konstytutywne (jak zwał tak zwał), pokroju tych liberalnych: prawa do życia, wolności, własności. Od całej reszty są akty uszczegółowiające. Trudno, żeby konstytucja normowała np. prawo do urlopu, czy 40h tygodnia pracy. Praw często ingerujących w opiewaną przez ciebie prywatność. Prawa pozytywne (do czegoś), często zresztą, kłócą się z jej ideą, bo same przez się ograniczają możność... wyboru.
Nawet akty sui generis, jeżeli ich postanowienia nie stoją w sprzeczności z aktami wyższymi, a ty z własnej, nieprzymuszonej woli przystałeś na
Jako jeden z miliona nabywców danej gry "zrzuciłem" się na zapłatę twórców i uwierz mi nie mam żadnych, podkreślam żadnych obowiązków wobec twórców. Próbujesz mi uświadomić marcus, że nabywając BluRay nie mam praw do własności intelektualnej OK to wiem. Ale nabywając nośnik ja jako właściciel mogę robić z nim co mi się podoba (podpalić go, sprzedać, dać komuś). Pożyczenie komuś gry, czy płyty Audio-CD ma bardziej wymiar osobisty, a w takim razie jedynie konstytucja może mi mówić co jest moim prawem, a co obowiązkiem. Wiesz można zrobić zapis licencji - zabrania się pożyczania gry znajomym. Tylko kto taki zapis będzie brać na poważnie?
O wycenę własności intelektualnej najlepiej spytać fachowców z MS.
Oś dyskusji leży jednak gdzie indziej - cały czas próbuję ci udowodnić, że w przypadku gry, czy jakiejkolwiek innej własności intelektualnej, nie jesteś w jej posiadaniu, nie jesteś jej właścicielem, nie masz do niej żądnych praw, prócz przyzwolenia do używania. Dlatego twój argument: (zacytuję całość):
"Nie ma takiego prawa, które zabroniłoby mi pożyczyć moją własność. Ponieważ fakt pożyczenia jeszcze o niczym nie świadczy. Będąc właścicielem ja posiadam prawo do rozporządzania dobrem i tylko ja. Do momentu gdy nie robię nielegalnie kopi wszystko jest legalne."
Nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości imponderabiliów chronionych prawem autorskim, które jasno reguluje zakres przysługujących ci praw i obowiązków, w których zestawie nie ma miejsca dla "posiadania", "własności" itd. Jesteś właścicielem tylko nośnika-pudełka i tu mleczne porównania się kończą.
Jeśli kiedyś powstanie zapis w którym postrzeganie będzie traktowane jako kopiowanie to OK - zrozumiem.
A czy mlekiem mogę kogoś poczęstować?
Nie do końca widzę rozumiesz ideę własności intelektualnej i powiązanej z nią kwestii nośnika. Na przykładzie więc: idąc do sklepu i kupując mleko, niezależnie czy wybrałeś biały trunek w kartonie, worku foliowym, plastikowej czy szklanej butelce - kupiłeś mleko. Kiedy po jego wypiciu zostałeś w posiadaniu pustego opakowania - nie masz mleka, ani praw do niego. Ot dualizm własności
Nośnik to właśnie taki karton - przedmiot służący do dostarczenia ci odpowiedniego produktu, lub usługi, do których nie posiadasz praw własności . Sam w sobie jest pusty i nic nie znaczący. Jego zawartość może być dowolnie przeniesiona na inne źródło danych, bez utraty pierwotnych uprawnień - więc jak najbardziej kopiować można, nie można natomiast tych kopii rozprowadzać, bo umowa z właścicielem własności intelektualnej nie zezwala na takie postępowanie.
Prawdziwym przedmiotem transakcji jest treść, cedeki, dvd, ksiązki, gazety, itd. tylko ją dostarczają, nie stanowiąc spójnej z nią całości.
A przedmiotem transakcji wiertarki jest... wiertarka
W przypadku polskiego prawa zamyka to praktycznie szanse powstania legalnych wypożyczalni gier, ponieważ wydawcy GW zajmują bardzo nieprzychylne stanowisko w stosunku do rynków najmu i wtórnego (choć w przypadku tego drugiego mają całkowicie związane ręce, pomijając, rzecz jasna, dystrybucję cyfrową)
W przypadku własności intelektualnej sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Występuje "dualizm" własności. Z jednej strony posiadasz pełnię praw do fizycznego nośnika, z drugiej - uzyskałeś prawo do skorzystania z własności innego podmiotu, przy jednoczesnym nienabyciu żadnych praw do niej.
Zapewne znalazłby się prawnik, który twierdziłby, że pożyczenie komuś czegoś przynosi wymierne korzyści w postaci dobrego samopoczucia - wynikającego z chęci dzielenia się tym co dobre.
Prawo nie reguluje oczywistości - one regulują się same. Prawo mające takie zakusy przestaje być prawem, stając się jednocześnie narzędziem opresji w rękach tyrana.
a) jest tworzone przez człowieka, a jak wiemy jesteśmy istotami niedoskonałymi
b) ma charakter retroaktywny wobec wszelkich zmian w ramach społeczeństwa, którego życie powinno regulować.
c) im ustawodawca przejawia większe zakusy normowania szczegółowych aspektów zagadnienia, tym ryzyko występowania luk się zwiększa.
Dlatego irytują mnie te wszystkie narzekania i jęczenia na temat niedoskonałości naszych aktów prawnych. Znajdźcie choć jeden, zagraniczny bez luki, wtedy może posypać się grad kamieni.
2) Brawo North za zauważanie, że prawo autorskie jest częścią większej kolumbryny zwanej Prawem Cywilnym. Należy pamiętać jednak, że jest nim na zasadzie prawa uszczegółowiającego, czyli deroguje sprzeczne normy KC i KPC
3) Twórcy gier, a raczej ich działy prawne bardzo często zapominają o dwóch istotnych kwestiach:
a) hierarchii aktów prawnych, wśród której licencje, statuty i inne pierdółki sui generis zajmują najniższe szczebelki jej drabiny.
b) wynikającej z pkt. "a" zasady derogacyjnej "lex superior derogat legi inferiori" - prawo wyższego rzędu, uchyla prawo niższego. Jednym zdaniem - większość tych ich ograniczających zakusów traci moc prawno (lub inaczej - nie posiada jej wcale) w momencie publikacji.
Abstrahując od największej głupoty wszelkich licencji - ich publikowania w formie zwykłego tłumaczenia, bez najmniejszej adaptacji do lokalnego systemu prawnego, w szczególności gdy mamy tak fundamentalne różnice w podejściu do samego jego pojęcia, pomiędzy kontynentem, a światem anglosaskim, gdzie większość gier powstaje.
4) fakt własności, użyczenia, jest tak naprawdę nieudowadniany - nie mamy obowiązku przechowywania dowodów zakupu produktów mieszczących się w zakresie prawa autorskiego. To trochę sztuczny spór, który zawsze będzie miał tylu zwolenników, co przeciwników. Rzeczywistość jednak z charakterystyczną dla siebie brutalnością prostuje krzy
Dzięki North, że ty również podjąłeś się poruszenia tego problemu i za dyskusję która jak już sam widzisz jest na dłuższa chwilę a nie na komentarze pod blogiem :P
pozdrawiam
Ucięło się jedno zdanie, więc dokończę.
Może ktoś z Was interesował się kwestiami pobierania z sieci plików mp3? Tam też jest ciekawa sprawa - zabronione nie jest pobieranie muzyki z sieci, ale jej udostępnianie. To dopiero "niezłe jaja".








Wyjaśniłeś wszystko wręcz wzorowo ale... dla mnie prawo zakazujące pożyczania znajomemu gry jest prawem nieegzekwowalnym, więc jest prawem martwym.
Fin.