Wyjechaliśmy kilka minut wcześniej – profilaktycznie spryskałem lusterka specjalnym płynem, który nie pozwoli im zaparować. ABS i zimowe opony byli dziś moimi najlepszymi przyjaciółmi. Niestety większość piaskarek i pługów wyjedzie pewnie za kilka godzin, zaliczyłem więc kilka konkurencji driftowych, zdobywając całkiem niezłą ilość punktów. Jadąc do pracy zastanawiałem się, ile umiejętności młodych kierowców może pochodzić z doświadczenia wyniesionego z gier samochodowych. W końcu nawet najbardziej arcade’owe tytuły żądzą się przynajmniej w dużej mierze prawami fizyki, które obecne są również w realnej jeździe samochodem.
Nie jestem wielkim fanem komputerowych gier wyścigowych. Oczywiście lubię sobie czasem przejechać kilka okrążeń w dobrym tytule, ale w moim domu nie ma kierownicy z pedałami i nie ekscytuję się nadmiernie na wieść o premierze najnowszych wyścigów nawet najlepszej serii. Nie zmienia to jednak faktu, że ograłem, a w dużej mierze i przeszedłem do samego końca większość najciekawszych gier tego typu i mam swoje ulubione tytuły - te które w mojej osobistej opinii zapisały się wielkimi, złotymi literami w historii gier wideo. Dziś czułem się jak na zawodach driftu, w październiku minęło dokładnie 10 lat odkąd posiadam prawo jazdy i jeżdżę samochodami – może to najwyższy czas, żeby przypomnieć sobie jakie wyścigi wywarły na mnie największe wrażenie. Może chronologicznie? – jeśli oczywiście pamięć nie zawiedzie.
Pole Position. Kilka kolorowych kwadratów, które mi i moim ciotecznym braciom nie pozwalało oderwać się od naszych Atari. Na przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku mało kto wiedział czym tak naprawdę była Formuła 1 – my jednak wiedzieliśmy, czymś przynajmniej tak świetnym jak pojazd z Pole Position. Pierwsze gry wyścigowe, z którymi miałem styczność na PC to kilka części serii Lotus (okraszonych niesamowitą muzyką), fantastyczne Stunts, w które wręcz zagrywałem się dniami i nocami i świetne Test Drive 3. Nie trzeba chyba nikomu przypominać, że pierwsze wyścigi w dość umownym 3D wyglądały wręcz koszmarnie – graczom jednak na ich widok miękły kolana, bo wtedy trzeci wymiar wdzierał się do naszych żyć. Młodsi gracze pewnie pomyślą o mnie jak o starym ramolu. Najmilej wspominam jednak tytuły, które dziś wyglądają dość zabawnie. Kiedyś gry traktowało się inaczej...
Uważam, że przełom w grach wyścigowych miał miejsce podczas premiery pierwszej części Need for Speed. Wspominam tę grę z tak dużą dozą sympatii, że ośmielę się uznać ją najlepsze wyścigi w jakie miałem okazję kiedykolwiek zagrać. Prześwietna była też część druga, szczególnie wersja SE – wspierająca karty 3dfx. Hot Pursuit dawało radę i zdarzyło mi się spędzić przy niej niejedną sobotę. Nie zrozumiałem fenomenu NFS: Porshe Challenge, choć wiem, że wiele osób do dziś uznaje tę odsłonę za jedno z najlepszych wydań serii. Colin McRae Rally 2.0 motywował mnie do wykręcania lepszych czasów niż moi współlokatorzy. Grało się w ten tytuł aż do momentu, kiedy na pierwszym miejscu w rankingu na którejś z tras nie znalazło się moje imię. Na dłużej do komputera przyciągnął mnie pierwszy NFS: Underground. Na III roku studiów musiałem wręcz przeganiać o komputera mieszkających ze mną kolegów, którzy zasadniczo grali bardzo niewiele. NFS:U wciągał. Nielegalne wyścigi, tuning, świetna dynamika i masa rozrywki. Niestety druga część zassała wentyl i nie spodobała mi się zupełnie.
NFS: Most Wanted było chyba ostatnim oddechem dobrego NFS-a. Świetna grafika, specyficzne, niezwykle amerykańskie słońce i masa zabawy ze ścigającą nas co chwila policją. Już na pewno przynajmniej kilkoro z Was puka się w głowę, pytając – a gdzie Ridge Racer i Gran Turismo/? Widziałem, grałem, nie wspominam z rozrzewnieniem. Oczywiście nie podważam znaczenia tych gier w całym wyścigowym dorobku dzisiejszego świata, ale oba tytuły, które przecież już zawsze będą kojarzyć się wszystkim z Sony, nie kupiły mnie na tyle, bym postawił je na półeczce ulubionych wyścigów wszech czasów. Wspomnę jednak o Burnoutach – zarówno klasyczne odsłony na PS2 jak i Legends na PSP) były przekozackie, a Burnout Paradise kupił mnie na wiele tygodni. Chciałem zobaczyć wszystkie możliwe wypadki, a jadąc do teściów, czy też w swoje rodzinne strony, pytałem czasem żony, czy zastanawiała się kiedyś, jak na żywo wygląda Takedown.
Zasadniczo mógłbym już zakończyć wyliczankę, bo później jedynymi wyścigami, które kazały mi dojść do ostatniego okrążenia, był Need for Speed: Shift. Uważam, że tą grą seria wróciła do życia i może już być tylko lepiej. Zmotywowany do zabawy ukończyłem grę i myślę, że enefesy narodzą się na nowo. Ale przecież są i PGR-y, Forze i masa innych wyścigów, w które ludzie szarpią dniami i nocami. Przyznam się bez bicia, zawsze byłem i będę fanem serii Need for Speed - trzymam więc mocno kciuki za kolejne odsłony, które – mam nadzieję – przywrócą świetność i pozwolą serii ponownie zasiąść na tronie arcade’owych ścigałek. A jakie są Wasze typy? Lubicie oddać się rajdowym emocjom przed ekranami monitorów lub telewizorów? Ja wolę realny pojazd, bo przecież żadna gra nie zastąpi rzeczywistości. I pamiętajcie – zawsze zapinajcie pasy i nie jeździjcie za szybko – na naszych polskich, dziurawych jak ser szwajcarski drogach, bywa różnie, kwadratowo i podłużnie.






