Czy skaczący z platformy na platformę Mario był filmowy? Czy nawet najśliczniejsze i posiadające niesamowitą fabułę dwuwymiarowe przygodówki przypominały Wam historie znane z ekranów kin? Mówi się, że największy rozmach ma ludzka wyobraźnia i wszystko to, czego autorzy nie mogli pokazać w grach minionych lat, malował farbami nasz umysł. Za czasów mojej młodości wielokrotnie mówiło się o tym, że kiedyś granica między grami a filmami zatrze się bezpowrotnie. Wszystko wskazuje na to, że stało się to szybciej niż myśleliśmy.
Trudno określić która z gier była w kwestii filmowości przełomowa. Nie wydaje mi się, by którejkolwiek z wydanej na przestrzeni ostatnich lat pozycji można przypisać rolę reformatora – warto jednak zwrócić uwagę na kilka tytułów, które popychały rynek gier w stronę „wyuzdanych” hollywoodzkich mega hitów. Sięgnę na chwilę w przeszłość i spróbuję przypomnieć jakie gry (imho oczywiście) popychały branżę w kierunku filmowości. Seria Command & Conquer – świetne i zabawne przerywniki filmowe stylizowane na filmy klasy B. Ubaw po pachy i ciekawe poprowadzenie niezwykle infantylnej fabuły. Stylizowana na film – Phantasmagoria – za digitalizowaną grafikę i próbę poprowadzenia fabuły niczym horror ze średniej półki. Pójdźmy trochę dalej, w rejony bliższe dzisiejszej młodzieży. Serie Medal of Honor i Call of Duty – za skrypty i udane prowadzenie gracza od początku do końca. Fabuła przedstawiana była często tak, że aż chciało się wystrzelać wszystkich Nazistów nie ze względu na cel sam w sobie, ale po to, by zobaczyć jak potoczą się losy bohatera.
God of War to świetna alternatywa dla równie ciekawych mitów – przygody Kratosa to rozmach i niezła reżyserka. Kolejne przykłady można by mnożyć, a tak naprawdę każdy znajdzie swoje, najbardziej filmowe gry minionych lat. Wydaje mi się, że w pewnym sensie przełom nastąpił w obecnej generacji. Z jednej strony ze względu na grafikę, która często zapiera dech w piersiach i doświadczenia wizualne nierzadko bywają tożsame z wrażeniami znanymi z kina. Z drugiej natomiast gry zaczęły kosztować kolosalne pieniądze. Oczywiście nie zawsze przekłada się to na efekt końcowy i często trudno uwierzyć, że kosztowała grube miliony dolarów, niemniej jednak w branży bez wątpienia pojawił się tak zwany „rozmach”. Nie wiem na ile informacje o budżecie przeznaczonym na takie gry jak Grand Theft Auto IV, czy Modern Warfare 2 są prawdziwe, ale niewiele mniej hollywoodzcy twórcy filmów przeznaczają na przeładowany efektami specjalnymi kasowy hit z grupą aktorów-celebrytów.
Mnie osobiście złapały za serce obie odsłony Gears of War. W pierwszej części przygnębienie i zaszczucie, w drugiej gloria i patos. Znam to z filmów, a prowadzenie za rączkę pozwoliło mi dwukrotnie przeżyć fantastyczną przygodę. Filmowy Mass Effect, który poza eksploracją napotkanych planet prowadził jak po sznurku do wielkiego finału. Świetnie wyreżyserowany Killzone 2, które oprócz mega kozackiej grafiki przykuwało właśnie reżyserką. Nie sposób zapomnieć również Call of Duty 4 i Modern Warfare 2. Krótkie i treściwe kampanie to przesycona akcją bomba wrażeń i ciężko z tym polemizować. Grając w czwartego CODa niejednokrotnie czułem się tak, jakbym był w centrum wydarzeń filmu Helikopter w Ogniu.
Czy w przyszłości będzie bardziej filmowo? Modern Warfare 2 dotarło już do pewnego etapu i dodatkowe emocje, jeszcze więcej skomasowanej akcji mogłoby być zbyt dużą dawką dla przeciętnego gracza. Wielkimi krokami zbliża się Heavy Rain, który z samego założenia już ma być interaktywnym filmem. W którymś momencie granica zatrze się tak bardzo, że sami zapomnimy o tym, czy właśnie gramy, czy siedzimy na seansie w kinie. Gry wideo dotarły do tego punktu, gdzie niebezpiecznie sięgają rzeczywistości. Dane mi było ostatnio obejrzeć film Gamer i choć z tematem filmowości w grach ma on niewiele wspólnego, to warto pomyśleć w jakiego typu pozycje szarpać będą nasze wnuki.






