Po ich wypiciu wprowadzają naszego "bohatera" w stan błogiego upojenia. My przy okazji zaznajemy problemów ze sterowaniem, ale też zwiększamy sobie punktację z wykonywanych skillshotów. Można rzec, że jest to raczej pochwała bycia „pod wpływem”, co razem z dość groteskowym okrucieństwem nadaje tej grze specyficzny klimat. A co mają do zaoferowanie w tym temacie inne tytuły?
Niko Bellic, bohater Grand Theft Auto IV, też za kołnierz nie wylewał. Jako że pochodził z byłej Jugosławii, tak ani rakija, ani wino nie były mu straszne - w Liberty City upijał się „w trupa” ze swoim bratem, Romanem. Zachwianie równowagi i sterowania „pod wpływem” pokazane było tak sugestywnie, że aż graczowi mogło zrobić się niedobrze. Niko przewracał się, opierał o samochód, zataczał, żeby w końcu wsiąść do auta i ruszyć zygzakiem do domu. Rockstar odrobiło dobrze "lekcje", a nie inaczej było w Red Dead Redemption. Tam nasz dzielny Marston po paru głębszych potrafił zaliczyć „zgona”, gdy już wytoczył się z saloonu. Ciekawe, czy w nadchodzącym L..A. Noire detektyw Phelps będzie zapijał nieudane śledztwa? Liczę na to, bo w filmach „noir”, do których gra nawiązuje, oprócz obowiązkowej femme fatale, w rękach protagonisty znajduje się zawsze szklaneczka ze szlachetnym, złotym trunkiem.
Inne gry też korzystają z takich patentów - na przykład w obu częściach BioShocka znajdowało się pozostawione gdzieniegdzie butelki z czerwonym winem Arcadia Merlot, produkowanym z zebranych w podwodnych ogrodach gron lub z whisky, które przemycił Frank Fontanie. Efekt wypicia, oprócz chwilowego rozmycia obrazu, szybko mijał, jednak odrobinę uzupełniał się pasek EVE - kosztem zdrowia. Ciekawe, że alkohol (oraz papierosy) podwyższały poziom specyfiku, odpowiedzialnego za nadnaturalne możliwości, bo że traciło się życie – to rozumiem. Dalej, w Falloucie 3 oraz New Vegas można było się natknąć na wszelkiego rodzaju specyfiki, w tym te procentowe. Każdy drink był opisany, jak działa na nasze współczynniki – dodawał plusy do siły oraz charyzmy. Cóż. Z doświadczenia wiem, że bywa to złudne wrażenie. Na dodatek potrafił uzależnić - co było niespotykane w innych grach. Jednak obywało się bez spotkań AA oraz długotrwałego leczenia, bo wystarczyło trochę kapsli dla lekarza i byliśmy „czyści”.
Ale, ale - model growego upijania się jest wciąż daleki od ideału, bo wszystkie efekty przechodzą szybciutko, a bohatera nawet głowa nie boli. Gdzie długie wymioty, odwodnienie, kłopoty żołądkowe czy kac? Myślę, że dopiero połączenie „fizyki” pijanego chodu z GTA IV lub RDR z współczynnikami oraz możliwością uzależnienia się z Falloutów pozwoli na prawdziwą symulację bycia "na bani". Wtedy taki Grayson Hunt z Bulletsorma po wciągnięciu flaszeczki i wykonaniu paru skillshotów przewróci się, zahaftuje kompanom buty, by następnie przez kilka godzin ledwie się ruszać. Że o strzelaniu nie mówiąc, bo boląca głowa nie zniesie takiego huku... Żartuję oczywiście, lecz trzeba pamiętać, że bycie „pod wpływem” nie jest wcale takie fajne i przynosi opłakane skutki. Ale w temacie - pamiętacie jeszcze jakieś gry z alkoholem w tle?









Masz na myśli Dr.Boskonovitcha z Tekkena 3? To nie był pijak ,ale stary słaby doktorek.