Cóż, rynek potrzebuje i takiego zastrzyku „świeżości”, aby ci, co bardziej niezdecydowani z potencjalnych klientów, pokusili się sypnąć groszem na kolejne ustrojstwo. Jedni kupią z czystego burżujstwa oraz potrzeby wchłaniania każdej nowinki, a drudzy z ewentualnego przymusu. Ja niestety znalazłem się w tej dalszej kategorii, albowiem mój wysłużony Xbox 360, okraszony pseudonimem „Premium”, ostatecznie postanowił opuścić ten padół ziemski. Załączyłem uwielbiane przeze mnie Halo 3, po czym obraz zaprzestał się poruszać, dźwięk dostał jakiejś panicznej czkawki, a ostatnie co usłyszałem z headset’a to „MiHu, restartuj”. Konsola widocznie podsłuchała radę Syfona (pozdrawiam!) i w akcie desperacji dopełniła sabotażu, atakując moje oczy potrójnym światłem agresywnie migającej czerwieni. Mam teorię, że to przez brak wejścia HDMI i ten niezwykle chudy dysk twardy postanowiła ona w końcu odebrać sobie życie, żeby już nikt nie mógł się śmiać z jej ubóstwa (też mi „Premium”). O dziwo, była to już druga maszynka od Billa uśmiercona w trakcie sesji Halo (a w sumie trzecia), przy czym poprzedniczka wyzionęła ducha po zaledwie dwóch tygodniach... Lecz jak to powiadają, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i tymże sposobem wszedłem w posiadanie nowiusieńkiego „Slimboxa”.
Zacznijmy może od strefy "wizualnej" sprzętu, który to rzuca się w oczy lekko „klepsydrowatym” projektem obudowy. Niższy o kila centymetrów od swojego grubszego brata prezentuje się wyjątkowo zgrabnie, a dodane wcięcia nadają mu ciekawego uroku. To co wzbudziło sporo kontrowersji, to oczywiście wybór połyskującej skrzynki, wzorem pierwszych „chlebaków” Sony. Muszę przyznać, że w dalszym ciągu nie umiem powiedzieć, czy to ostatecznie była dobra, czy też zła decyzja ze strony producenta. Z jednej strony jestem silnie przekonany, że matowa powierzchnia odebrała by całe piękno tej konsoli, ale niestety ponownie wraca problem podatności tego materiału na „palcowanie”. Wystarczył jeden dzień, aby „Slimbox” skąpał się w całej maści odcisków, zacieków i innych śladów, które definitywnie niweczą efekt estetyczny zamierzony przez projektantów. Najciekawiej prezentuje się główny włącznik, w mroku przywodzący na myśl komputer Hal z Odysei Kosmicznej. Zmiany pod względem kolorystyki dotknęły również same akcesoria (pad i headset), powleczone w pełni czarnym kolorem i z dodatkiem kilku odblaskowych elementów (można się teraz przejrzeć w przycisku „Home”).
Kolosalnym plusem jest dla mnie wymiana przycisków „power” oraz tego od stacji dysków na dotykowe, ponownie kojarzące się z PlayStation 3. Konsola rejestruje nawet najdelikatniejsze muśnięcie palcem, włączając i wyłączając się znacznie szybciej od poprzedniczki. Dochodzą do tego jeszcze specjalne dźwięki, przypisane do każdej z funkcji. Mam ogromną nadzieję, że twórcy zdecydują się odblokować opcję wgrywania własnych melodyjek, bo pomysł sprawdziłby się wyśmienicie w praktyce. Z takich zewnętrznych spraw należy jeszcze wspomnieć o samych wejściach, ponieważ „Slimbox” został uzbrojony aż w pięć portów USB, przez co maniacy wtykania różnej maści osprzętu raczej nie powinni narzekać. Miło też widzieć, że ktoś w końcu pomyślał i umieścił wejście na kabel optyczny w osobnym miejscu z tyłu, usuwając je z kabla AV. Z rzeczy które jeszcze zwróciły moją uwagę wypada napomknąć o samej wadze. "Klocek" wbrew pozorom nie zrzucił zbyt wiele masy, czego już nie da się powiedzieć o samym zasilaczu. Znane Wam "krówsko" jest chyba z kilka razy lżejsze, tracąc tym samym swoje wspaniałe właściwości broni obuchowej.
Wspomniałem słów kilka o dźwiękach, ale nie powiedziałem jeszcze niczego na temat samej pracy Xboxa. Otóż producenci nie kłamali i sprzęcik naprawdę chodzi tak cichutko, że nawet późno wieczorem, gdy już nic nam nie przeszkadza, to trzeba uparcie wsłuchać się w jego mruczenie, żeby cokolwiek usłyszeć. No, może gdy uruchamia się czytnik płyty to szum troszkę się wzmaga, ale to nie to samo co kiedyś. Bezapelacyjnie nie mamy już do czynienia ze starym odkurzaczem, wydającym odgłosy sugerujące, iż lada chwila zechce podbić księżyc dokonując bezzałogowego lotu. Jedyne, co tak faktycznie można zarzucić tej konsoli, to ilość ciepła którą wytwarza. Autentycznie martwi to, że po zaledwie godzinie gry maszynka zaczyna grzać mocniej, niż większość moich kaloryferów zimą. Ale co by nie gadać, dopóki ciepło nie przyczyni się do powstania jakiegoś nowego szczepu Red Ring of Death, to ja osobiście nie widzę w tym zbytniego problemu.
Ogólnie jak na razie mam sporo satysfakcji z nowego Xboksa, który w ogóle jawi się mi jako mega kolosalny skok naprzód, w porównaniu z tym starym, ogołoconym modelem Premium. Dysk 250 giga bez dwóch zdań wystarczy na te ostatnie kilka lat, które pozostały obecnej generacji sprzętu, aby wypchać go po brzegi grami i dodatkami. Teraz muszę tylko mieć nadzieję, że i ten projekt Microsoftu nie dostał się przedwcześnie na rynek, aby którego pięknego, dnia niczym sowieckie telewizory „Rubin” eksplodować mi w twarz płonącymi kawałkami plastiku i odłamkami kolejnej odsłony Halo.
oczywiścię że ja wszystko układam pod linikę







