Zarówno członek polskiej sceny bijatyk, jak i „niedzielny” entuzjasta wzajemnego obijania sobie cyfrowych facjat, mógłby zakwestionować sens minionych Mistrzostw Polski w Mortal Kombat. Gdzie nie spojrzeć padają uwagi, że robienie turnieju w wersję demo gry, której premiera ma się odbyć za niecały miesiąc to czysta kpina, powołana do życia wyłącznie ze względów marketingowy. Powiem tak – większej bzdury i bardziej męczącego zrzędzenia malkontentów uświadczyć się nie da. Zawody wyrwały mi z życia dwa cykle snu, zmusiły do dwunastogodzinnej tułaczki wprost w odmęty szpetnej niczym grzech stolicy, doprowadzając tym samym organizm na skraj wytrzymałości – niska cena, jak za tak miodną imprezę.
Dla mnie wszystko zaczęło się kilka dni przed oficjalnym startem Mistrzostw. Wezwany spontanicznym telefonem przybyłem na mroczny skraj Wrocławia zwany Psim Polem, gdzie na noc zwija się asfalt, coby nie rozkradli go lokalni tubylcy. Wychowani na tworze Eda Boona bracia Zyga uznali, że nadam się idealnie do ich trwającego od momentu premiery demka treningu, jako iż rozróżniałem blok od kopnięcia. Dwa dni bezlitosnych sparingów (czyli około czterech godzin gry) wystarczyły, aby dać się przekabacić do wspólnego wyjazdu w otchłań „Wawy”. Rzecz w tym, że Adrian i Marcin mieli zwycięski pas w ręku zanim w ogóle opuścili próg własnego mieszkania. Założenia były proste – albo wszyscy już z góry wiedzą o nadludzkiej przewadze tkwiącej w pozornie kalekiej Mileenie, bądź każdy skupi się na Scorpionie i Sub-Zero, którzy w starciu z demoniczną ladacznicą byli niczym rezydenci Domu Spokojnego Dogorywania dla Ofiar Fatality. Cóż, urok flagowych ninja był nie do przeforsowania, sprowadzając pomór na śmiesznych w swych wysiłkach tekkenowych „jugglerów”...
Będąc świeżo po paru godzinach rozpaczliwej szamotaniny „Sub-Zero Vs. Mileena” oraz uśmiercającej szare komórki porcji Sucker Punch (napędzani parą niemieccy żołnierze-zombie, demoniczni samurajowie z minigunami i smoki – bezcenne) wybyliśmy późnym wieczorem z dworca w nieznane. Najwyraźniej gdy udało się całej trójce na moment "przyciąć komara", to w międzyczasie przekroczyliśmy wrota Narnii, albowiem z Wrocławskich 14 stopni Celsjusza weszliśmy w Warszawską strefę śniegu i gadających bobrów (ostatnie mogło być winą zmęczenia). Bogatsi o szereg zwyrodnień stawów nabytych dzięki przedziałowym siedzeniom, pomaszerowaliśmy w kierunku lokalnego loga Saturna, mijając przy okazji przydrożnego żonglera piłeczek (tylko w tym mieście coś takiego ma prawo przetrwać...). Niebawem naszym oczom ukazała się ziemia obiecana – Klub Lucid, w którym lada moment mieliśmy oddać się beztroskiej rzezi niewiniątek i konsumpcji darmowych napojów oraz frytek.
Wnętrze lokalu nie pozostawiało wątpliwości co do tego, na jakiej imprezie się znaleźliśmy. Masa telewizorów oraz ogromny telebim na okrągło wyświetlały fragmenty z najróżniejszych odsłon Mortal Kombat, a z prawej strony sali w rzędzie stało sześć stanowisk, gdzie gawiedź ostro rozgrzewała się przed nadchodzącymi rozgrywkami. Szybki rekonesans pozwolił wzmocnić wrocławską teorię „różowej maszkarony”, w czym utwierdzały nas komentarze postronnych, typu „Wybrał Mileenę - szacunek za odwagę” (ach, błoga niewiedzo!). Jako że dotarliśmy na miejsce z lekkim poślizgiem, zdążyliśmy praktycznie idealnie na wyczytywanie grup, po czym pozostało już jedynie czekać na wyłanianie nazwisk do właściwych eliminacji, mających trwać raptem od godziny 11 do 17.
Co tu dużo mówić – „Super Zyga Bros.” pozamiatali konkurencję w pierwszej fazie bez większych problemów, łapiąc się do jakże wyczekiwanych ćwierćfinałów. Ja niestety miałem tą przykrą przyjemność trafić w swojej trzeciej walce na Marcina, który z moim Sub-Zero musiał stoczyć pojedynek 2 do 1, przy czym sam przyznał, że było to dla niego najcięższe - a przynajmniej najbardziej stresujące - wyzwanie Turnieju (oszczędził mi oceny, iż zasysam w tę grę bardziej od emerytowanej, bułgarskiej kurtyzany, za co dzięki wielkie). Na koniec zostały już wyłącznie dogrywki „najlepszych z najgorszych”, o zaszczytne miejsca dziewiąte oraz dziesiąte, gdzie poległem po raz kolejny, zostając tym samym zepchnięty na rosnącą hałdę mięsa armatniego. Jeśli można mieć odnośnie czegokolwiek zarzuty, to raczej jedynie do danych zawodnikom padów, cierpiących na niezrozumiałe „humorki”, uszczuplające niekiedy ilość aktywnych stanowisk.
Kiedy z grubo ponad sześćdziesiątki uczestników wyłoniła się ósemka pretendentów do srebrnego pasa, organizatorzy ruszyli na poważnie z szykowaniem „areny” pod ćwierćfinały. Ogromny telebim wyświetlający zacięte zmagania, transmisja telewizyjna Orange na żywo oraz wypalające zawodnikom oczy oświetlenie – wszystko to zostało jeszcze doprawione prezentacją rozszerzonej wersji testowej Mortal Kombat. Szkoda tylko, że starcia pokazowe prowadzących były równie słabe, co wiedza jednego z nich na temat serii. Na szczęście w miarę szybko odbębniono ten etap i rozpoczęły się batalie o tytuł Mistrza Polski. Bez owijania w bawełnę powiem tylko, że takiej bezradności, doprawionej frustracją i wylewająca się z sektora wrogich kibiców nienawiści dawno już nie miałem okazji ujrzeć na zawodach w grę wideo. Nawet szwankujący pad, którzy przytrafił się obu Zygom nie przeszkodził braciom w mieszaniu z błotem także tych największych cwaniaczków, jakże święcie przekonanych o swym zwycięstwie. Finał właściwie odbył się bez większych emocji, albowiem widownia straciła swoich liderów, a ja pojedynków Milleena Vs. Mileena wygrywanych o włos naoglądałem się we Wrocławiu.
Ceremonie wręczania nagród, wywiady i reszta zwycięskiej szopki przez najbliższe pół godziny jeszcze wyciskały ostatnie soki ze skrajnie wyprutego z życiowej energii Marcina, a w szczególności Adriana - bogatszego teraz o stylowy, srebrny pas Mortal Kombat. Nie pozostało później nam nic innego, jak dumnie dowlec się z powrotem na peron, aby czym prędzej opuścić tę przeklętą, zimową krainę. W pociągu dokończyliśmy planowanie treningowego montażu a la Rocky, który miał czekać naszego reprezentanta w najbliższych tygodniach, a dodatkowo nauczyłem się, że zaczynanie gry w 999: Nine Hours, Nine Persons, Nine Doors mając nieprzespane dwie doby to fatalny pomysł. Pomijając techniczne wpadki zaistniałe podczas Turnieju trzeba przyznać, iż cała nasza trójka opuściła stolicę wyjątkowo usatysfakcjonowana poziomem imprezy. Teraz już tylko wypada trzymać kciuku za Adriana Z. i liczyć, aby reszta śmietanki zawodów także zignorowała różowego demona, ażeby można im było obcasem wytłumaczyć prawa rządzące tym tytułem.
. Dalej gardzę browcem.











