Może określenie „porzucić” to troszkę zbyt mocne słowo, gdyż tak naprawdę drugi wymiar zwyczajnie usunął się na bardziej przyjazny grunt, gdzie „potrójne D” jeszcze nie miało prawa bytu. Mowa oczywiście o przenośnych sprzętach, które dopiero teraz stopniowo zaczynają wchodzić na wyższy poziom zaawansowania. Trudno było się dziwić producentom, zostawiających "sprite'y" wraz z nadejściem ery „wypukłych” postaci, będących znacznie atrakcyjniejszymi dla oczu młodych graczy. Tak więc przez parę ostatnich generacji stacjonarnych konsol każdy kurczowo trzymał się swojego 3D, starając się zapomnieć o archaicznych „naleśnikowatych” dziełach. Teraz jednak urzeczywistnienie „dużego” tytułu wiąże się z większymi niż kiedykolwiek nakładami finansowymi, a nie wszystkich producentów i wydawców stać na radosne szastanie kasą na tego typu przedsięwzięcia. I tutaj właśnie w lekko przykurzonej zbroi i na zagłodzonym wierzchowcu przybywa mężny śmiałek w postaci 2D, mającym odciążyć biedne sakwy strapionych deweloperów, zapewniając im konkretny zysk w zamian za minimalny wysiłek (często nawet ten intelektualny, widząc ile gier jest bezczelnie portowanych).
Najprzepastniejszą wylęgarnią tego typu staroszkolnych tworów jest oczywiście PlayStation Network i Xbox Live. No, może zabrzmiało to trochę jakbym mówił o jakiejś odrażającej zarazie, toczącej oba systemy, ale trzeba przyznać, że sporo się tego tam namnożyło. Aczkolwiek to właśnie dzięki tym platformom domorośli projektanci mają po raz kolejny szansę zabłysnąć na arenie, niczym w zamierzchłej epoce 8-bitów, pełnej „garażowych zespołów”, robiących hity na kolanie. Nie sposób pominąć w tej kwestii tuzy pokroju Braid - platformówki zaprojektowanej przez pojedynczą osobę i która w dalszym ciągu na XBL znajduje się na liście najlepiej ocenianych gier. Nieliche zagadki logiczne z wykorzystaniem manipulacji czasu, a wszystko to umieszczone na tle obrazów, jakby żywcem wyjętych z galerii Claude'a Moneta. Trudno o doskonalszy przykład tytułu, którego więksi wydawcy nie podjęliby się na „pudełkową” skalę dla stacjonarnej konsoli, ze względu na zbyt wysoki poziom ryzyka. Dzięki PlayStation Network i Xbox Live ponownie odżywa moda na „płaskie” i bardziej ambitne artystycznie produkcje. Wystarczy rzucić okiem na takie równie zniewalające w swym wykonaniu, ponure, a zarazem urzekające Limbo, aby zrozumieć magię drzemiącą w tej technice.
To wszystko są jednak małe płotki, prowadzące sielankowy, wirtualny byt w obiegu cyfrowej dystrybucji. Coraz mocniejsze parcie na „drugie D” można zaobserwować nawet u starych wyjadaczy, a w szczególności w gatunku bijatyk. Trudno pominąć tutaj takie perełki, jak ostatnie dzieła Capcom, czyli Street Fighter IV i Tatsunoko vs. Capcom: Ultimate All-stars, wykorzystujących dobrodziejstwa mistycznego 2,5D. Zresztą Japończycy nie są tutaj wyłącznymi eksploatatorami tejże perspektywy, o czym niech świadczy zapowiedziany niedawno Mortal Kombat, który przypomniał sobie gdzie tkwią jego korzenie. „Mordoklepki” to oczywiście nie jedyne produkcje powracające do ruchu w jednej płaszczyźnie. Wystarczy spojrzeć na takie Nintendo oraz ich ostatnią konferencję prasową z Los Angeles, gdzie zdrowa porcja zaprezentowanych gier tkwiła w 2D. Ba, żeby to tylko o "Big N" można było mówić! Przygodówki (odświeżane Monkey Island), strzelanki a la Metroid (Shadow Complex wspierane przez Epic), platformówki (nadchodząca odsłona Raymana od Ubisoft) – są to ewidentne oznaki, że twórcy coraz częściej dostrzegają w drugim wymiarze okazję nie tylko do łatwego zarobku, ale również rozumieją nadzwyczajną przewagę tegoż rozwiązania w realizacji co poniektórych pomysłów.
Sam jestem właściwie wychowankiem gier w "sprite’ach", więc ja tam zawsze będę dawać zielone światło podobnym zagrywkom (zdarza mi się nawet od czasu do czasu złapać Małego Głoda na Super Mario World 2: Yoshi’s Island). To co teraz dzieje się na rynku tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że żadne tam kiczowate „sri-di” w parze z plastikowymi binoklami, czy też fotorealistyczne wodotryski, nie są w stanie wepchnąć do grobu uroku „płaskich” gier. Pewnie, gdy widzi się takie Mega Man 10 od Capcom - próbującego dorobić się na czymkolwiek po zalewie średnio udanych molochach finansowych, to aż na litość człowieka zbiera (SEGA też podchwyciła powyższy pomysł, podtrzymując w ten sposób wegetatywny stan dogorywającego już Jeża Sonika). Dopóki jednak będą nam zdarzać się cuda pokroju Limbo, czy Braid, to leciwemu 2D jeszcze długo przyjdzie gościć na ekranach naszych telewizorów. A przynajmniej na moim, dopóki tylko to Super Nintendo w końcu nie wyzionie ducha...
Przez proste miałem na myśli proste w zasadzie działania, nie proste do przejścia
uwierz mi że Braid czy Limbo to nie są łatwe gry






